poniedziałek, 23 stycznia 2017

Adopcje zagraniczne - gdzie tkwi problem?




Kiedy w mediach pojawiła się informacja o rządowej decyzji o wygaszaniu adopcji zagranicznych reakcje były dwojakie: z jednej strony feministyczne lewactwo wreszcie dostało po nosie, nie będą zabierać polskich dzieci i dobrze, z drugiej strony rozległ się lament nad tym, że PiS znów psuje politykę społeczną i teraz w Polsce już nikt nie adoptuje dziecka inaczej niż przez ośrodek katolicki. Obie strony zgodnie łączyły się w ignorancji adopcyjnej. Żadna tego nie urefleksyjniła.

Zacznijmy od wyjaśnienia sprawy z ośrodkami katolickimi. Istnieją od dekad i od zawsze procedują w zgodzie z własnymi przekonaniami. Na podstawie wielu lat obserwacji środowiska adopcyjnego mogę zamieścić wykaz wymogów, z jakimi stykałam się w ich pracy: kandydatom na rodziców adopcyjnych kazano przedstawiać odpis aktu chrztu i małżeństwa sakramentalnego, opinię od księdza proboszcza, odbywać obowiązkowe rekolekcje adopcyjne i zaliczać konferencje omawiające niemoralność procedury in vitro. To wszystko działo się w kraju, którego prawo jasno stanowi, że dostęp do procedury adopcyjnej nie jest zależny od wyznania, a samo wyznanie (lub jego brak) jest informacją wrażliwą. A mimo to katolickie ośrodki działały i działają swobodnie, korzystają ze środków publicznych i podlegają prawu, które sobie dowolnie zawężały powołując się na to, że "są katolickie". Nie obchodziło to SLD, nie obchodziło to PO i dobra zmiana w postaci rządów PiS niczego tu nie zmieniła.
Dlatego ze zdziwieniem czytam internetowe dyskusje, z których wynika, iż gros ludzi w ogóle nie miało pojęcia o tym zjawisku. Jeśli Jesteś jednym z tych ludzi to powiem Ci, dlaczego teraz się dziwisz.
Z adopcją podstawowy problem jest jeden. Ona po prostu nie jest seksowna. Również w znaczeniu literalnym - seksu tam nie ma wcale, nie usuwa się płodów, nie zamraża zarodków i nie ma żadnych gejów. Tym samym wszystkie najciekawsze kwestie, które angażują społeczną uwagę, już na wstępie zostają wygaszone. Zostawiliśmy więc sprawy adopcji ekspertom, jakże często proweniencji chrześcijańskiej, a teraz ze zdumieniem odkrywamy, że słoiczek z miodem wypełniony jest dziegciem. Wow, Polska taka nieprzewidywalna, wieloryby takie ciekawe. A dzieci adoptowane nie.

Drugi problem polega zaś na tym, że dyskusja adopcyjna od lat jest specjalistyczna. Biorą w niej udział dyrektorzy ośrodków, pedagodzy, psycholodzy, czasem zrzeszone rodziny zastępcze. Niemal nie ma w niej głosu rodziców adopcyjnych i kandydatów na takich rodziców, praktycznie zawsze pomijany jest głos dorosłych osób adoptowanych. Społeczeństwo nie zajmuje stanowiska poza wygłaszaniem komunałów bazujących na szczątkowej wiedzy, która oscyluje wokół sierot, subiektywnie ustalanego dobra dziecka (każdy kiedyś był dzieckiem, więc czuje się kompetentny) i historii usłyszanych od znajomych znajomych. Reprezentacja jest więc bardzo nierówna, co gorsza przeważa fragmentaryczne spojrzenie na politykę społeczną, czego przejawem jest obecny spór wokół adopcji zagranicznej i drugi - wokół powstających właśnie Standardów Adopcyjnych. Powraca jak bumerang odwieczna zmora polskich sporów rytualnych: zbijamy termometry, aby nie widzieć gorączki oraz wierzymy, że zmiana w obszarze X rozwiąże problem, którego korzenie tkwią przecież w obszarach od A do Z, a nimi nie chcemy się zajmować.

Kilka słów wyjaśnienia o tym, czy naprawdę nie da się odtąd adoptować dziecka inaczej niż przez ośrodek katolicki? Oczywiście, że się da. Zmiana dotyczy wyłącznie adopcji zagranicznej.
Uporządkujmy więc fakty:
Mamy w Polsce dwa rodzaje adopcji: krajową i zagraniczną. Z tej drugiej korzystają obcokrajowcy chcący adoptować polskie dzieci, są to również pary polskie, które wyemigrowały (decyduje miejsce zamieszkania rodziny, w którym będzie ona wychowywać dzieci). Adopcjami krajowymi zajmują się ośrodki publiczne i niepubliczne, świeckie i katolickie.
Adopcjami zagranicznymi natomiast zajmowały się do tej pory trzy ośrodki: dwa publiczne (Publiczny Ośrodek Adopcyjny mieszczący się na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie i Krajowy Ośrodek Adopcyjny Towarzystwa Przyjaciół Dzieci z Warszawy) oraz jeden katolicki ( Katolicki Ośrodek Adopcyjny mieszczący się na ulicy Grochowskiej w Warszawie).
W tym miejscu ciekawy fakt: Katolicki Ośrodek Adopcyjny z miejsca informował zagranicznych kandydatów na rodziców adopcyjnych, iż preferencje adopcyjne mają pary katolickie (podkreślenie moje):
3.Podstawowe wymagania Ośrodka względem rodziny zagranicznej:
(...)
- rozpatrując zgłoszenia rodzin preferujemy w pierwszej kolejności rodziny katolickie, a następnie inne chrześcijańskie;

Pomimo iż ośrodek prowadzi adopcje zagraniczne od 1996 roku, zaś kwestia pierwszeństwa par wyznania rzymskokatolickiego nie jest obudowana żadnym przepisem żadnej ustawy, nikt nigdy nie zainterweniował w sprawie tej uznaniowości.
Być może reakcji nie było dlatego, że, no cóż, ostatecznie do wyboru były jeszcze dwa ośrodki państwowe, gdzie kandydaci z zagranicy mogli przystępować do procedury i nikt się ich o wyznanie nie pytał (a przynajmniej niczego od odpowiedzi nie uzależniał). A być może dlatego, że nikogo to w gruncie rzeczy nie obchodziło.
Zmieniło się to w styczniu 2017 roku, kiedy mocą decyzji minister Elżbiety Rafalskiej, cofnięto prawo do prowadzenia adopcji zagranicznych dwóm publicznym ośrodkom (ośrodek TPD i ośrodek z Nowogrodzkiej), a na ich miejsce powołano dwa katolickie ośrodki, które odtąd - jako jedyne w kraju - mają prawo procedować adopcje zagraniczne. Jednym jest wspomniany już Katolicki Ośrodek Adopcyjny, którego "Wymagania" zacytowałam wyżej, zaś drugim jest Diecezjalny Ośrodek Adopcyjny z Sosnowca, o którym niewiele można powiedzieć, ponieważ nigdy dotąd nie zajmował się adopcjami zagranicznymi i będzie debiutować w tej roli.

Zmiana jest ogłaszana wielkimi słowami. Padają zdania o tym, że nie powinno się szukać rodzin za granicą, skoro można znaleźć je w Polsce (czy na pewno można?). Podważa poprawność dotychczasowych adopcji zagranicznych, o czym piszę niżej. Zwraca się uwagę na potrzebę ściślejszego monitoringu losów dzieci adoptowanych poza granicami Polski ("Resort rodziny zamierza przejąć większą kontrolę nad tym procesem i robić wszystko, by nie wysyłać za granicę polskich obywateli – obiecuje minister Elżbieta Rafalska"). Przynajmniej ten ostatni postulat jest bardzo słuszny. Nie ma bowiem przepisów, które pozwalałyby na taką kontrolę. Do tej pory ośrodki zawierały umowy dżentelmeńskie z rodzicami adopcyjnymi zobowiązując ich do przesyłania co rok raportu o rozwoju dziecka i losach rodziny. Dżentelmeńskość polegała na tym, że rodziny były o to uprzejmie proszone. Nawet jeśli się nie wywiązywały z tej obietnicy były już pod jurysdykcją innego kraju, a adopcja była przecież orzeczona, więc strona polska nic nie mogła zrobić. Spodziewalibyśmy się więc, że wraz z ogłaszaniem dobrej zmiany pojawią się przepisy pozwalające na śledzenie losów małoletnich obywateli RP, ale tak się nie stało. Nie zaproponowano żadnej noweli.
Nowe i bezpieczniejsze adopcje zagraniczne mają po prostu być katolickie.

Ta sprawa ma jeszcze jedno tło, które dzięki Pawłowi Passiniemu, synowi Barbary Passini, wieloletniej dyrektorki Krajowego Ośrodka Adopcyjnego TPD, stało się emocjonalne:

Po 27 latach niezwykle trudnej pracy dzieło życia mojej Matki, Barbara Passini i wspaniałych ludzi, którzy go współtworzyli Krajowy Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy TPD ma przestać istnieć. Teraz będzie już tylko Katolicki Ośrodek. Żyjemy przecież w państwie wyznaniowym.
Nie mogę tu opisywać przykładów niemal niemożliwych adopcji, które przeprowadzili, ale wierzcie, było ich wiele. Dzięki staraniom mojej Matki i jej współpracowników przestano rozdzielać idące do adopcji rodzeństwa. Adopcje zagraniczne zaczęto monitorować aż do pełnoletniości. Udało się udaremnić próby wywożenia dzieci jako dawców narządów. Z tego powodu Mama była ciągana po sądach za zniesławienie tych, którzy brali w tym udział. Wygrała. I przede wszystkim wygrywały dzieci i rodzice. Ale dziś przyszła dobra zmiana. I będzie już tylko Ośrodek Katolicki.Dobra Zmiano! Będziesz się smażyć w piekle!!! Wierz mi!!!
[wpis Pawła Passiniego z dnia 20.01.2017, Facebook] 

Ośrodek TPDowski był pierwszym ośrodkiem, który zajął się adopcjami zagranicznymi. Sięgając głębiej w przeszłość, ośrodki TPDowskie były również pierwszymi ośrodkami, które zaczęły przeprowadzać adopcje krajowe. Na doświadczeniu TPD i ich praktykach pracowała większość pozostałych ośrodków. I oto w 2017 roku okazuje się, że większą kontrolę nad adopcją zagraniczną zapewni nam diecezjalny ośrodek sosnowiecki, który nie przeprowadził do tej pory żadnej takiej adopcji, aniżeli ośrodek TPD, który przeprowadził ich ponad dwa tysiące czterysta.
Pojawia się wiele ciekawych pytań: w jaki sposób Ministerstwo chce zwiększać nadzór nad adopcjami zagranicznymi, skoro nie zaproponowało przepisów kontrolnych, nie mówiąc o ich wprowadzeniu? Jakim cudem Ministerstwo doprowadzi do pozostawania dzieci w Polsce, skoro adopcje zagraniczne biorą się właśnie z braku chętnych rodziców w kraju? W jaki sposób bezpieczeństwo adopcji zagranicznych ma zwiększyć powołanie ośrodka bez doświadczenia i likwidacja najstarszego ośrodka procedującego dotąd takie adopcje?

I tu można byłoby owocnie pociągnąć wątek jeremiady nad zamykaniem ośrodka TPD dalej, gdyby nie dość istotna kwestia, którą jednak Ministerstwo sygnalizuje, choć od dupy strony: adopcja zagraniczna nie jest najlepszą opcją i należy ją raczej ograniczać aniżeli wspierać.

Praktykują ją w Europie kraje, o których moglibyśmy powiedzieć, że unosi się za nimi smuga podejrzeń o postkolonialne sentymenty a rebours. Rosja, Ukraina, Rumunia, Bułgaria. Kraje pochodzenia adoptowanych dzieci i liczby adopcji przeprowadzonych przez obywateli USA dają tu ciekawy wgląd w zjawisko [liczby adopcji łącznie na lata 1999-2015]: z Polski w tym okresie adoptowano do USA 1254 dzieci, z Ukrainy 10546, z Bułgarii 2069, ale już z Finlandii dwoje, z Francji siedmioro, z Włoch znów dwoje [źródło].





Widać więc, że kraje Europy zachodniej i Skandynawia są dość zachowawcze w oddawaniu swoich małoletnich obywateli za granicę.
Dlaczego postkolonialne a rebours?
Z jednej strony mamy bowiem topos "dobrych państwa z zagranicy", który w krajach postsowieckich wydaje się wciąż żywy. USA to, wiadomix, perspektywy i możliwości, firmówki NIKE i od zera do milionera, jest szansa dla dziecka adoptowanego, natomiast w Polsce będzie bidul, brak szans i wyrośnie kolejne pokolenie zasiłkowe. To sprawia, że adopcja zagraniczna wciąż jest postrzegana w tych krajach jako szansa na lepszą przyszłość, rozwiązanie bardziej wartościowe niż pozostanie dziecka w kraju rodzimym, którego zaplecze oceniane jest jako gorsze przez jego własnych mieszkańców.
Druga strona medalu jest jednak ciekawsza.  O ile amerykański mit można krytycznie wyśmiać (przy okazji polecam świetny dokument Piotra Morawskiego "Daddy, I love you" o adopcji pięciorga rodzeństwa przez pewną miłą amerykańską parę. Należy jednak koniecznie obejrzeć część drugą "Dom nad Missisipi" oraz trzecią, "Obietnica dzieciństwa", aby poznać finał tej adopcji po latach), o tyle część dotycząca polskich perspektyw pozostaje niestety w mocy.
Ponieważ dla polskich dzieci kierowanych do adopcji zagranicznej alternatywą często jest naprawdę dom dziecka, brak szans i zostanie pokoleniem zasiłkowym.

Dlatego w dzisiejszej notce spróbuję trochę obrać z warstw temat adopcji zagranicznej, co być może uchroni Was przed uwikłaniem się w kolejną zero jedynkową dyskusję na ten temat.


Najpierw kilka faktów: o jakich liczbach mówimy?


Zgodnie z rocznikami statystycznymi GUS  przeprowadza się ok. 300-400 adopcji zagranicznych, podczas gdy liczba adopcji krajowych waha się pomiędzy 3000-4000 rocznie. Patrząc w roczniki widać jasno, że proporcje pomiędzy adopcjami krajowymi i zagranicznymi od lat utrzymują się na tym samym poziomie: adopcje zagraniczne stanowią w Polsce ok. 10% wszystkich adopcji.

Kto najczęściej adoptuje?

Ponieważ adopcje zagraniczne są możliwe jedynie w odniesieniu do krajów, które - podobnie jak Polska - są sygnatariuszami Konwencji Haskiej, polskie dzieci najczęściej adoptują Włosi (2015: 177), obywatele USA (2015: 85) i Hiszpanie (2015: 17). Najwięcej adopcji zagranicznych przeprowadzono w 2008 roku (389), najmniej w 2012 (255) [źródło].

Kto jest adoptowany?

Na ten temat brak szczegółowych informacji, co jest skądinąd ciekawe, ponieważ statystyki adopcji krajowych uwzględniają wiek dziecka i rodzaj adopcji (blankietowa, niepełna, przez osobę spokrewnioną, przez opiekuna zastępczego etc.), natomiast w raportach dotyczących adopcji zagranicznych nie podaje się takich danych, a jedynie liczbę adopcji. Do kwestii tajemniczości i tego, jak ta tajemniczość pracuje później w publicznym dyskursie, jeszcze wrócę. Tajemnicza natomiast nie jest kwestia uznania danego dziecka za "nieadoptowalne w kraju" - do adopcji zagranicznej są kierowane wyłącznie dzieci, dla których nie znaleziono rodziców w Polsce (art. 167 ustawy z dnia 9 czerwca 2011 r. o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej). Co zatem oznacza "nieadoptowalność?" Orzeczenie o niepełnosprawności, bycie jednym z kilkorga rodzeństwa, zbyt późny wiek (polskie pary preferują adopcję niemowląt i dzieci w wieku przedszkolnym - im starsze dziecko tym jego szanse na adopcję maleją).

Kto może adoptować?

Obywatel każdego kraju z podpisaną Konwencją Haską, który spełnia kryteria lokalne (został zakwalifikowany do adopcji przez instytucje własnego kraju) ORAZ kryteria polskie (m.in. niekaralność, akt małżeństwa, wywiad adopcyjny, zaświadczenie o kwalifikacji do adopcji wydane przez instytucję kraju pochodzenia). Ten drugi wymóg jest istotny, ponieważ oznacza on explicite, iż wszelkie opowieści o omijaniu w ten sposób polskiego prawa i braku kontroli nad motywacjami/sytuacją życiową kandydatów na rodziców są ssane z brudnego palucha. Natomiast nie jest ssany z palucha fakt braku kontroli nad późniejszymi losami dziecka, jednak - jak już wiemy - Ministerstwo akurat na ten problem nie przedstawiło żadnego pomysłu, poza likwidacją najstarszej placówki zajmującej się takim adopcjami.
Tu warto napisać, dlaczego 12latek z dysfunkcjami, który nie był w Polsce "adoptowalny" nagle się staje adoptowalny np. w  Belgii? Dzieje się tak dlatego, ponieważ zagraniczne rodziny adopcyjne zainteresowane polskimi dziećmi, mogą liczyć na konkretne wsparcie w swoich krajach: finansowe, merytoryczne i społeczne. To zaś sprawia, że ludzie przestają się bać adopcji dzieci starszych, trudnych i posiadających liczne rodzeństwo, bo wiedzą, że nie zostaną jako rodzina na lodzie - pomoże im gmina, szkoła, znajdzie się bezpłatna opieka dla dzieci, psycholog, specjalistyczna terapia i gminna grupa wsparcia dla rodzin poadopcyjnych. To znacząco wpływa na motywacje adopcyjne rodzin polskich i rodzin zagranicznych czyniąc je różnymi, bo zbudowano zupełnie odmienne zaplecza systemowe dla takich adopcji.

Wątpliwości

"Kiedy przyjrzeliśmy się szczegółowo, jak do tej pory odbywały się zagraniczne adopcje okazało się, że nie jest wcale tak, że wysyłane za granicę dzieci są bardzo chore" – przekonuje minister Rafalska.
Liczba dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności, które skierowano do adopcji zagranicznej w ostatnich latach, wahała się na poziomie 20%. Co oznacza dla laików, że dzieci zdrowych było co najmniej 80%, ale wywieziono je za granicę i zerwano więzi kulturowe, czas bić w tarabany. Tymczasem problemem dzieci adopcyjnych nie są orzeczenia o niepełnosprawności, a ich brak pomimo istniejących dysfunkcji.
Dziecko z FASem (płodowy zespół poalkoholowy) nie dostanie orzeczenia, ponieważ FAS nie jest kwalifikowany jako niepełnosprawność, mimo iż skutkuje uszkodzeniami neurologicznymi, a te będą mieć różne manifestacje (od zaburzeń czucia poprzez obniżoną sprawność intelektualną, po skłonność do agresji i nadpobudliwości). Inną przezroczystą jednostką jest RAD (zespół zaburzeń więzi, Reactive Attachment Disorder) - również brak orzeczenia o niepełnosprawności, co nie zmienia faktu, iż RAD pozostaje głównym straszakiem polskich kandydatów na rodziców adopcyjnych. Znają oni literaturę, ale co ważniejsze - znają relacje innych rodzin adopcyjnych wychowujących dzieci z RADem. Nie jest prosto, zespół zaburzeń więzi - w zależności od struktury zaburzenia - może manifestować się kompulsywnym jedzeniem, niezdolnością do nawiązania więzi z rodzicami adopcyjnymi, chronicznymi kłamstwami, brakiem uczuć wyższych, lgnięciem do przypadkowych osób, wzmożonym pobudzeniem i potrzebą ciągłej kontroli otoczenia, skłonnościami do manipulacji, brakiem rozumienia związków przyczynowo skutkowych, aby wymienić kilka z objawów. RAD jest jednostką klasyfikowaną w systemie ICD-10, ale... nie jest niepełnosprawnością, więc orzeczenia brak. 
Im starsze dziecko tym większe ryzyko, że może mieć RAD, w przypadku FASu najczęściej brak danych, ponieważ główną wskazówką diagnostyczną jest wiedza o tym, że matka biologiczna piła alkohol w ciąży. Jak łatwo można się domyślić, matki biologiczne zazwyczaj nie podają tej informacji, a po odebraniu praw rodzicielskich tak czy inaczej nie ma z nimi kontaktu.
Dzieci z RADem i FASem trafiają więc do systemu jako dzieci zdrowe, bo fizycznie faktycznie są zdrowe. Tyle, że w "nieadoptowalności" nie o zdrowie fizyczne chodzi.


Minister zwraca też uwagę, że rozdzielane są rodzeństwa (71% przypadków adopcji zagranicznych), pomimo iż polskie prawo zastrzega, iż rodzeństwo powinno być wspólnie umieszczane w pieczy lub w rodzinie adopcyjnej, aby przeciwdziałać rozdzielaniu rodzeństw (Art. 112.8 KRiO).
Najczęstszą odpowiedzią na te wątpliwości, której udziela samo społeczeństwo, jest zachęta do większego altruizmu polskich kandydatów na rodziców adopcyjnych. Niech adoptują rodzeństwa. Niech adoptują dzieci chore zapobiegając ich wywożeniu za granicę. Kto im broni?

Egoizm

Tak, pary decydujące się na adopcję są egoistyczne w tym sensie, że chcą mieć rodzinę maksymalnie zbliżoną do rodziny biologicznej. Polska struktura adopcyjna jest obecnie taka, że kandydaci na rodziców adopcyjnych rekrutują się głównie z grupy osób bezdzietnych, czytaj: niepłodnych. To właśnie im przez lata  wdrukowywano do głów hasła "jesteś niepłodny? Adoptuj!" sugerując, że rodzina adopcyjna będzie ekwiwalentem biologicznej. Chcą więc wypełnienia tej społecznej obietnicy. Skoro in vitro jest niemoralne i słyszą o tym od lat z ambon, z trybun sejmowych i z  konserwatywnej prasy (a tak czy inaczej coraz większej grupy nie stać na leczenie, bo zlikwidowano program refundacji) to w porządku, mogą adoptować. Ale oni nadal chcą mieć swoje dziecko, a nie realizować ambitny projekt społeczny o nazwie "wyciąganie nastolatka z RADu". Tego właśnie ich nauczyliśmy i takie daliśmy narzędzia. Dlaczego więc teraz żądamy, aby odwrócić paradygmat adopcji?
Rodzice adopcyjni nie mają obecnie żadnej systemowej opieki postadopcyjnej. Jak długo są kandydatami na rodziców tak długo pozostają w kontakcie z ośrodkiem adopcyjnym i pracującymi tam pedagogami oraz psychologami. Po adopcji to się kończy - od tego momentu są autonomiczną rodziną. Są podejrzenia FASu? Szukajcie terapii na własną rękę. Są podejrzenia RADu? Na pewno kogoś znajdziecie. Dziecko wymaga terapii i rehabilitacji? Weźcie dodatkową pracę lub pożyczcie pieniądze, bo od momentu orzeczenia adopcji ustaje wszelka finansowa pomoc od państwa. Rodzeństwa nie powinny być rozdzielane? Adoptujcie pięcioro i z dnia na dzień z rodziny dwuosobowej stańcie się siedmioosobową, jakoś sobie poradzicie.
Jak widać, genezą "braku kandydatów krajowych do adopcji dzieci z dysfunkcjami" jest sam kształt systemu pomocy społecznej. Jest to system tchórzliwy, który od lat nie ma odwagi, aby postawić pewne zależności jasno i wyciągnąć z nich wnioski:

1. Powodem problemu z licznymi rodzeństwami jest ten, że nie prowadzimy żadnego krajowego programu profilaktyki: aborcja jest nielegalna, sterylizacja jest nielegalna, antykoncepcja nie jest refundowana i jest na receptę, edukacji seksualnej nie ma, pracownicy pomocy społecznej nie mają ani obowiązku, ani nawet prawa prowadzenia poradnictwa reprodukcyjnego dla swoich klientów (którymi często są rodziny, których dzieci JUŻ trafiły pod opiekę państwa). Nie ma żadnego programu bezpłatnej antykoncepcji dla klientów Pomocy Społecznej, których najczęściej na antykoncepcję po prostu nie stać. Kolejne dzieci się rodzą, ponieważ dzietność jest często jedynym bogactwem rodzin dysfunkcyjnych, czemu przyglądamy się w milczeniu mnożąc apele o adopcje licznych rodzeństw. Z własnej teczki: dwójka dzieci odebranych z powodu skrajnego zaniedbania. Przebywają w pieczy zastępczej. Ich mama jest już w kolejnej ciąży, ma 21 lat, więc należy się spodziewać, że rodzeństwa jeszcze przybędzie. Inny kejs - jedenaścioro dzieci, każde z FASem, matka w dwunastej ciąży. Wszystkie dzieci zabrane rodzicom, nietrzeźwiejącym alkoholikom- część w domach pomocy społecznej z uwagi na zaawansowany FAS, część w domach dziecka, trójka w rodzinie zastępczej, dwoje adoptowanych. Naprawdę ktoś poważnie wysunie żądanie adoptowania całej jedenastki przez jedną parę?

2. Adopcja jest formą rodzicielstwa, której nie przysługuje żadna forma pomocy finansowej. Tak, istnieje program 500+, ale jego losy zależą od kolejnych rządów, natomiast dzieci adoptuje się dożywotnio. Adopcja licznego rodzeństwa jest więc opcją dla rentierów. Ilu z nich znacie? Dopóki nie będzie dofinansowania w postaci comiesięcznych zasiłków do adopcji dla par adoptujących rodzeństwa, rodzeństwa będą rozdzielane, bo wymusza to ekonomia;

3. Piecza zastępcza, w której najczęściej lądują rodzeństwa (rodzinne domy dziecka), dzieci z trudnościami (piecza specjalistyczna, pogotowia rodzinne) i dzieci starsze (rodzinne domy dziecka, zawodowe rodziny zastępcze) jest z założenia opieką okresową do czasu uregulowania prawnej sytuacji dziecka. Kiedy sytuacja jest uregulowana dziecko idzie do adopcji, wraca do rodziny biologicznej bądź trafia do domu dziecka (jeśli nie ma chętnych do adopcji w kraju ani za granicą, a do rodziny biologicznej nie można wrócić). Często dzieci przebywają w pieczy kilka lat, nawiązują więzi z opiekunami, traktują dom zastępczy jako swój własny, bo jest jedynym, jaki znają. Jednak nie mogą w nim pozostać, ponieważ piecza jest ...okresowa, a formę "długoterminowej pieczy zastępczej", w której dzieci pozostawały do pełnoletności, zlikwidowała Ustawa z 2011 roku. W praktyce oznacza to wyrywanie dzieci z domów zastępczych niezależnie od woli ich opiekunów, którym stawia się ultimatum: albo adoptujecie te dzieci (czego oni nie zrobią z powodów brutalnej ekonomii - nie stać ich na adopcję), albo oddacie je zagranicznej rodzinie / wrócą do domu dziecka.
Ten problem jest bolączką znaną świetnie rodzicom zastępczym i samemu systemowi, ale zamiast propozycji jego rozwiązania (przywrócenie pieczy długoterminowej, dofinansowanie rodzin adopcyjnych) likwiduje adopcje zagraniczne, dzięki czemu więcej dzieci trafi do domu dziecka, bo i tak nikt ich nie adoptuje w Polsce;

4. Adopcja oznacza również brak zainteresowania dalszymi losami rodziny. O ile opiekun zastępczy może liczyć na swojego koordynatora, często dostaje również superwizora (psycholog), ma prawo do odbywania specjalistycznych i bezpłatnych szkoleń z zakresu umiejętności wychowawczych (oferta przynajmniej w moim mieście jest bogata- do dyspozycji mamy szkolenia z opieki nad dzieckiem z FASem, szkolenia w zakresie pracy z dziećmi doświadczającymi przemocy, z dziećmi wykorzystanymi seksualnie i szereg innych) oraz jest otoczony siecią pomocy (jeden telefon dzieli mnie od bezpłatnej konsultacji seksuologicznej, umówienia się na darmową konsultację pod kątem FASu, a w ośrodku wczesnej interwencji mam pierwszeństwo jako opiekunka zastępcza), o tyle rodzice adopcyjni nie mają NIC. Od momentu orzeczenia adopcji są sami. Na ogół zadziała to bez problemu z adoptowanym niemowlęciem, ale już adopcja siedmiolatki po wykorzystaniu seksualnym i bez żadnego systemowego wsparcia poadopcyjnego, zakończy się najprawdopodobniej kryzysem w rodzinie. Lepiej więc nie ryzykować i adoptować młodsze dziecko, to elementarne. To powoduje, że przekształcenie pieczy zastępczej w adopcję i utrata całej tej pomocy - która dla mnie jest bezcenna i sprawia, że mam zasoby, aby móc w ogóle pracować z dziećmi - byłaby decyzją idiotyczną. Never ever. Jako rodzic nie dostałabym już żadnego wsparcia. Jako opiekunka zastępcza dostaję je nieprzerwanie, mam cały zespół do dyspozycji i uważam to za super opcję. I ktoś się jeszcze dziwi, czemu nie ma chętnych do adoptowania starszych dzieci z dysfunkcjami? I czemu ludzie chcą adoptować dzieci małe, z których adopcją wiąże się mniejsze ryzyko wystąpienia poważnych problemów, skoro wiedzą z góry, że zostaną z tymi problemami sami - i finansowo, i merytorycznie, i społecznie? Cóż, Belgowie i Włosi nie zostaną sami;

5. Kandydaci na rodziców adopcyjnych to w Polsce najczęściej osoby z doświadczeniem nieudanego leczenia niepłodności. Poranieni. Straumatyzowani. Często po epizodach depresyjnych. Oczywiście bezdzietni, więc bez praktyki wychowawczej, za to z olbrzymim pragnieniem doświadczenia "normalnego rodzicielstwa": wspólnych wakacji, wigilii, urodzin, całej zwyczajnej codzienności rodziny. Nakłanianie ich do adoptowania dzieci starszych, które wnoszą do rodziny bagaż własnej historii zranień, nadużyć i dysfunkcji, jest postulatem zostawienia dwóch rozbitków na jednej chybotliwej tratwie w nadziei, że miłość doprowadzi do zacumowania w bezpiecznym porcie i zbudowania tam domu. Ten pomysł jest nie tylko nonsensowny, jest przede wszystkim okrutny, a jego faktycznym celem jest rozwiązanie potężnego problemu systemowego siłami rodziców adopcyjnych, którym się w żaden sposób nie pomaga.


Powodem outsourcowania "dzieci trudnych" za granicę jest brak krajowego zaplecza dla rodzin adopcyjnych i - z drugiej strony - bezrefleksyjne traktowanie adopcji jako optymalnego rozwiązania dla dziecka. Z tego drugiego założenia biorą się takie historie, jak ta będąca udziałem znajomej rodziny zastępczej: po 12 latach pobytu w rodzinie zastępczej, pracownicy ośrodka adopcyjnego znaleźli dla dziecka rodzinę zagraniczną chętną do adopcji. Tyle, że dziecko miało 14 lat i całe swoje świadome życie spędziło w domu opiekunów zastępczych, których nazywało "mamą" i "tatą". Historia skończyła się dobrze o tyle, że opiekunowie postawili się ostro i poruszyli niebo oraz ziemię, aby zatrzymać córkę w rodzinie. Panie z ośrodka adopcyjnego były wstrząśnięte ich egoizmem, który interpretowały jako odebranie dziewczynce szans na "normalną rodzinę". Nie zauważyły, że ta normalna rodzina oparta na miłości, więziach i wspólnym domu już istnieje od 12 lat, tyle że nie jest rodziną formalnie, ponieważ dziewczynka nadal nosi własne nazwisko i utrzymuje kontakt z dalszymi krewnymi biologicznymi, w tym z rodzeństwem. Takie historie - a nie jest ich mało - pokazują, jak niebezpieczna bywa fantazja o adopcji, jako jedynym dobrym rozwiązaniu dla dziecka.

Brak transparencji w przedstawianiu danych dotyczących adopcji zagranicznej i zawężenie dyskusji na ten temat do grona eksperckiego powoduje, że temat adopcji zagranicznej bardzo łatwo rozgrywać w debacie, ponieważ większość ludzi nie wie, czego dokładnie dotyczy spór. Miotają się pomiędzy oburzeniem (skoro propozycja wychodzi od ministerstwa zarządzanego przez PiS niemal na pewno jest złym pomysłem), empatią wobec ośrodka TPD, współczuciem dla dzieci i własnymi wizjami adopcji oraz pieczy zastępczej. Krytycyzm wobec figury "wynarodowiania dzieci" nakładający się na rosnące nastroje nacjonalistyczne sprawia, iż poza horyzont myślowy lewicującej części społeczeństwa ucieka dość podstawowa refleksja o tym, iż im starsze dziecko, tym całkowita zmiana kultury i języka będzie bardziej problematyczna, co nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem, ale ma wiele wspólnego z fundamentalną empatią wobec dziecka.
Pomyślcie o adopcji więcej niż do tej pory. To fascynujący temat. Warto odebrać go konserwatyzmowi i ponownie osadzić w przestrzeni lewicy, do której przecież powinien ideologicznie przynależeć. W końcu czym jest lewicowa wrażliwość społeczna, jeśli nie uważnością wobec najsłabszych?















czwartek, 22 września 2016

Za pięć dwunasta czyli witajcie w piekle kobiet (i mężczyzn)

Dziś, w czwartek 22 września 2016 w Sejmie odbędzie się pierwsze czytanie dwóch ważnych projektów. Pierwszym jest obywatelski projekt Ordo Iuris zakazujący aborcji, o którym słyszał już chyba każdy w kraju i poza nim. To własnie ten projekt w kwietniu 2016 roku zgromadził pod sejmem tysiące ludzi na tzw. demonstracji wieszakowej zorganizowanej przez partię Razem:


(źródło: vice.com)



Drugim projektem, który będzie dziś czytany, jest projekt posła Jana Klawitera dotyczący in vitro. Sprzeciw wobec tego projektu również doczekał się manifestacji pod sejmem. Zorganizowało ją Stowarzyszenie NASZ BOCIAN w czerwcu 2016. Możecie poszukać siedmiu tysięcy różnic:



(źródło: wiadomosci.radiozet.pl)

Powiecie, że główna różnica wynika stąd, że prawie każda kobieta ma macicę, a każdy mężczyzna zna przynajmniej jedną kobietę, więc łatwiej się utożsamić z aborcją, niż z in vitro. Oh wait. W porządku, różnica wynika stąd, że projekt antyaborcyjny jest barbarzyński, zaś projekt Klawitera jest barba... Ok, do trzech razy sztuka: różnica najpewniej wynika stąd, że in vitro konotuje się ze społecznym piętnem niepłodności, zaś aborcji nikt się nie wstydzi. Też nie?
Jasne, na poczekaniu sformułowalibyście o wiele trafniejszy indeks różnic. Wiem. Projekt Ordo Iuris zagraża realnie życiu kobiet - zgoda. Projekt Ordo Iuris narusza to, co nauczyliśmy się nazywać kompromisem aborcyjnym- zgoda. Każda kobieta w wieku reprodukcyjnym teoretycznie może się zetknąć z problemem niechcianej ciąży/koniecznością przerwania nawet chcianej ciąży, podczas gdy jedynie niewielki procent zmierzy się z niepłodnością. Również zgoda.
Co jednak poza tym mówi nam zjawisko widoczne na tych zdjęciach?


Matematyka i kredyty

Potraficie liczyć? To świetnie. Prawica w większości też to potrafi. Są zatem dwa fenomeny dotyczące praw reprodukcyjnych, ale tylko jeden z nich wyciąga tysiące ludzi na ulicę. Liczyć potrafi także polski Kościół katolicki, ale jego hierarchów nie interesują akurat ludzie na ulicach, a długi wyborcze zaciągnięte przez polityczną opozycję, zanim stała się partią rządzącą.
Kościół nie wymaga wiele. Chce zrealizowania jedynie dwóch skromnych postulatów: 1. kontroli nad kobiecą rozrodczością oraz 2. kontroli nad kobiecą rozrodczością. Kościół jest tak skromny w swoich oczekiwaniach, że właściwie wystarczy mu spełnienie tylko jednego z nich.  I tak się znakomicie składa, że oba projekty ustaw go dotyczą. To zjawisko nosi nawet pewną nazwę:


Ustawodawcze combo

Dwa kluczowe ideologicznie projekty zostają wpisane w harmonogram prac Sejmu w tym samym dniu. Jeden z nich porusza dziesiątki tysięcy ludzi, drugi - nie. Czy wybór jednego terminu czytania jest przypadkowy? Nie sądzę. Sądzę za to, że jednoczesne procedowanie tych dwóch projektów ma w długoterminowym celu skuteczną eliminację metody in vitro. O ile aborcja w proponowanym kształcie nie przejdzie i jednak rząd trochę się przejmuje skalą protestów na ulicach, o tyle in vitro ma szansę stać się  jedyną w pełni zrealizowaną zapłatą dla Kościoła.
W jaki sposób uda się wyeliminować procedurę in vitro z polskiego pejzażu?
To proste:


1. Narodowy Program Prokreacji

Poświęciłam mu osobną notkę (klik). Program kosztuje dokładnie tyle samo, co program refundacji in vitro; zawiera w swoich propozycjach eksperymentalną i ryzykowną metodę mrożenia tkanki jajnikowej; zamierza leczyć niepłodność noszeniem luźnych gaci (drugi klik) i nie przewiduje w ogóle stosowania metody in vitro. Program jest typową ideologiczną leguminą: zapycha gęby nie proponując realnej treści i widoków na zaawansowane leczenie.
Konstanty Radziwiłł i jego partyjni znajomi oraz znajome przygotowali jednak w zanadrzu pewnego asa: PiS nie zamierza zakazać metody in vitro, więc stulcie pyski, obywatele. Dalej się możecie leczyć, jeśli już musicie, tyle że za własną kasę. Wielu ludzi uważa to za sprawiedliwy układ.
Serio?


2. Projekt Klawitera

Tu właśnie pojawia się projekt posła Jana Klawitera postulujący:

- zakaz mrożenia zarodków
- zakaz zapłodnienia więcej niż 1 komórki jajowej
- przerwanie afiliacji pomiędzy ojcem i dzieckiem urodzonym dzięki dawstwu heterologicznemu

Co to oznacza dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi rocznie, którzy nie zostaną rodzicami bez pomocy in vitro?

3. Zdrowie kobiet

Nie ma procedury in vitro bez operacyjnej punkcji jajników. Zakaz mrożenia zarodków oznacza, że pobrane w trakcie punkcji komórki muszą zostać zapłodnione od razu i tylko w takiej ilości, która wykluczy powstanie tzw. nadliczbowych zarodków. W praktyce jest to poddanie kobiety operacji, aby pozyskać jedną komórkę jajową i móc ją zapłodnić, resztę komórek należy zniszczyć. To z kolei oznacza, że kobiety podchodzące do in vitro będą musiały wielokrotnie poddawać się inwazyjnej operacji narażając własne zdrowie.

3. Spadek skuteczności


Obecna skuteczność in vitro wynosi 31% (dane z programu MZ) i dotyczy cyklu, w którym można zapłodnić maksymalnie 6 komórek jajowych - transferuje się jeden zarodek, resztę mrozi. Zamrożone zarodki stanowią biologiczny kapitał pary, dzięki któremu nie musi ona podchodzić do kolejnych punkcji. W ten sposób para płaci za jeden zabieg in vitro, może mieć dzięki niemu maksymalnie 6 zarodków i transferować je bezpiecznie w kolejnych cyklach.
Zakaz mrożenia spowoduje spadek skuteczności in vitro do poziomu 3-5%.

4. Wzrost kosztów in vitro


Cena in vitro wzrośnie, ponieważ osiągnięcie ciąży i urodzenie dziecka będzie wiązało się z dziesięciokrotnie częstszym powtarzaniem procedury. Za każdą z nich para będzie musiała zapłacić z własnej kieszeni. I każda będzie się wiązać z  poddaniem kobiety operacji.

5. Dzieci bez ojców

Klawiter i posłowie Kukiz'15 proponują również oryginalne rozwiązanie tematu dawstwa (adopcja zarodka lub skorzystanie z nasienia dawcy). Zostało ono już skrytykowane przez Sąd Najwyższy, ale dość istotne jest zrozumienie intencji stojących za tą propozycją. Obecnie każde dziecko, które urodziło się dzięki materiałowi genetycznemu obcego dawcy (czy w drodze inseminacji, czy w drodze in vitro) ma zagwarantowaną prawnie obecność ojca społecznego i przyjęcie przez niego pełni obowiązków i praw rodzicielskich. Możemy się spierać o detaliczną sensowność tego rozwiązania (pisałam o szczegółach wcześniej, dotyczą one złamania Konwencji praw dziecka w części związanej z prawem do tożsamości, jak również dyskryminują kobiety samotne i lesbijki), niemniej zamysłem ustawodawcy było zabezpieczenie społecznego interesu dziecka. O co chodziło? O wprowadzenie poprawki do Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, zgodnie z którą pan Kowalski, który dobrowolnie podpisuje zgodę na zabieg in vitro z nasieniem dawcy, nie mógł po urodzeniu dziecka powiedzieć w sądzie, że on przeprasza, ale jednak nie chce być tatusiem, a tu są wyniki badań DNA, które wykazują jasno, że ojcem genetycznym nie jest. W związku z tym, proszę Sądu, należy mnie zwolnić z obowiązku alimentacyjnego.
Tak więc Anno Domini 2016 każdy pan Kowalski, który świadomie zgadza się na dawstwo nasienia/zarodka, w wyniku którego MOŻE się urodzić dziecko, jednocześnie zgadza się na to, że będzie jego ojcem i nie będzie mógł już tego faktu zanegować.
Teraz krótki wgląd w tożsamość ruchu Kukiz'15.
Jak wiemy skądinąd, posłowie i działacze Kukiz'15 w wolnych chwilach zajmują się mizianiem serc i pośladków skrzywdzonych ojców, którzy chcieliby przestać płacić alimenty na własne dzieci. W tej optyce istnienie mężczyzny, który nie jest genetycznym ojcem, a mimo to JEST OJCEM, rozsadza założenia systemu wyzwoleńczego i powoduje klincz.
Jak wiemy również, co roku ok. 3000 mężczyzn dobrowolnie decyduje się zostać ojcami adopcyjnymi. Ich decyzja zapewne wynika z tego, że termin "rodzina" i "miłość ojcowska" definiują nie poprzez geny, a poprzez więzi, uczucie, potrzebę troski i opieki.
Zgodnie z propozycją Klawitera i Kukiz'15 mężczyźni podchodzący wraz z partnerkami do adopcji zarodka lub procedury z wykorzystaniem nasienia dawcy, nie będą mogli być uznani za prawnych ojców swoich dzieci.
Formalnie nie będą to bowiem ich dzieci. Formalnie będą to dzieci nieznanego ojca. Dzieciom tym nie będą się należały alimenty ani prawa spadkowe, ponieważ ich tata, który je wychowuje, kocha i jest z nimi na co dzień, nie zostanie prawnie uznany za ich ojca.

To wszystko łącznie oznacza, że:


= PROCEDURA IN VITRO PRZESTANIE BYĆ WYKONYWANA W POLSCE


...lub liczba zabiegów spadnie do poziomu, na którym rentowność prowadzenia specjalistycznego ośrodka leczenia niepłodności znajdzie się poniżej pułapu amortyzacji kosztów ich utrzymania z powodu odpływu pacjentek.
Zauważcie geniusz tego planu: metoda in vitro nie zostaje prawnie zakazana. Ona po prostu przestaje istnieć w praktyce, ponieważ pacjentom nie opłaca się wykonywanie jej w Polsce, zaś lekarzom nie opłaca się jej świadczenie.

.
Jest jasne, że oba projekty będą jutro przyjęte do dalszego procedowania i trafią do Komisji Zdrowia. Jest także jasne, że zostaną w toku prac Komisji zmodyfikowane. Jest również jasne, że ta modyfikacja zostanie w mediach nazwana "liberalizacją" ich pierwotnego kształtu, choć finalnie będzie polegała na pogorszeniu sytuacji kobiet wynikających z obecnie obowiązujących ustaw antyaborcyjnej i Ustawy o leczeniu niepłodności.
Nie wiem, na czym stanie w przypadku aborcji, ale obstawiam eliminację wskazania z wad płodu (tzw. "aborcję eugeniczną") i zostawienie ciąży w wyniku czynu zabronionego i zagrożenia życia kobiety, jako nową wersję kompromisu. Na otarcie prawackich łez będzie właśnie in vitro.
Komisja wprowadzi oczywiście swoje zmiany, ale z całą pewnością  utrzymany zostanie zakaz mrożenia zarodków, wejdzie ograniczenie liczby zapładnianych komórek (obstawiam, że skończy się 'poluzowaniem' czyli dopuszczalnością zapłodnienia dwóch komórek jajowych) i na pewno dołożą zakaz dawstwa heterologicznego. In vitro jest w gorszej sytuacji społecznej - mniej protestów, zdecydowanie mniej zdyscyplinowana grupa chorych + fakt, że większość ludzi nie rozumie zależności między mrożeniem zarodków i skutecznością procedury.

Jeśli miałabym znaleźć jakąś różnicę pomiędzy sytuacjami tych dwóch projektów to polegałaby ona jedynie na tym, że o ile nielegalny zabieg przerwania ciąży będzie można nadal wykonywać w podziemiu na zasadach mniej więcej dotychczasowych, o tyle z nielegalnym zabiegiem in vitro (tj. omijającym warunki nowej ustawy) nigdy się to nie uda. Jego dynamika jest inna i wymaga stałego monitoringu, całodobowej pracy laboratorium oraz zaangażowowania wieloosobowego zespołu.
Z tego powodu nawet przy skrajnie restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej aborcja nie zniknie z mapy Polski. In vitro można wyeliminować z sukcesem i nie potrzeba do tego formalnej delegalizacji.
Teraz wróćcie jeszcze raz do zdjęć.
To właśnie jedyna możliwość uregulowania politycznego kredytu, na którą Kościół ma szansę. I świetnie o tym wie.


Dlatego zakładając czarną bluzkę i umieszczając hasztag Czarny Protest miejcie, proszę, świadomość, że barbarzyństwo, przeciwko któremu protestujecie, nie powinno sprowadzać się jedynie do całkowitego zakazu aborcji. A jeśli naprawdę wierzycie w to, że zagrożone są tylko prawa do niebycia matką to znaczy, że ustawodawcze combo wygrało jeszcze przed pierwszym czytaniem.

wtorek, 26 lipca 2016

Segregacja. Kilka słów o projekcie nowelizacji PiS

Dziś nietypowo porozmawiamy o dzieciach istniejących, urodzonych płodnym rodzicom i w ogóle mającym się jak najlepiej poza drobnym faktem, iż przebywają w domu dziecka czyli w tak zwanej instytucjonalnej pieczy zastępczej. W przeciwieństwie bowiem do tego, co roi się w główkach katolickich publicystów, penetracja waginy penisem zakończona ejakulacją i zapłodnieniem zwana "aktem małżeńskim" niekoniecznie stanowi gwarancję późniejszego traktowania dziecka z godnością i miłością. Z tego właśnie powodu każdego roku pod opieką państwa przebywa około 80 tysięcy tzw. sierot społecznych - dzieci z nieuregulowaną sytuacją prawną, których rodzice z różnych powodów nie chcieli bądź nie mogli się nimi zajmować, ale zachowali prawa rodzicielskie.
Ponieważ piecza zastępcza i adopcja obrosły w Polsce wieloma mitami, omówienie ich zajęłoby kolejne obszerne notki, więc dziś ponownie nie o tym. Dziś o pojedynczym rozwiązaniu, które zaproponował rząd Prawa i Sprawiedliwości, a które nowelizuje Ustawę z dnia 9 czerwca 2011 r. o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej.
Wspomniana nowelizacja przeszła w dniu 22 lipca 2016 roku trzecie czytanie w Sejmie i oczekuje na akceptację Senatu oraz podpis prezydencki. Jeśli obie te rzeczy się wydarzą, po wakacjach nowela wejdzie w życie.

A o co chodzi?

W dwóch żołnierskich zdaniach: chodzi o to, że zdaniem posłów PiS dzieci przebywające w domach dziecka powinny mieć prawo do wyłączności swojej przestrzeni i nie powinny jej współdzielić z Domami Pomocy Społecznej (DPS), izbami wytrzeźwień, ośrodkami wsparcia dla ofiar przemocy w rodzinie i innymi instytucjami, które nie sprawują bezpośrednio pieczy opiekuńczo-wychowawczej nad dziećmi. Autorzy noweli argumentują również, że umieszczanie dzieci w sąsiedztwie DPSów pogłębia izolację społeczną tych dzieci, wtórnie je stygmatyzując i uniemożliwiając integrację ze społeczeństwem, w tym rówieśnikami.

A o co chodzi zdaniem mediów i opozycji?

O to, że cała Polska kocha babcie i dziadków, więc zakaz umieszczenia DPSu i domu dziecka na jednej parceli jest rozbijaniem tkanki społecznej.
Tak więc pani posłanka PO, Marzena Okła Drewnowicz, pisze dramatycznie w swoim blogu na natemat.pl:

Starość do wyrzucenia. Dzieci i seniorzy oddzielnie 
Do tej pory PiS niszczył Trybunał Konstytucyjny, demokrację, prawo. Nikt jednak nie spodziewał się, że będzie też degradować takie wartości jak wychowanie wielopokoleniowe, wzajemna pomoc, integracja społeczna. To, co do tej pory było pożądane, czyli solidarność międzypokoleniowa, kontakty dzieci i młodzieży ze osobami starszymi, dzisiaj prawnie zostało zakazane. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło skandaliczny zakaz współistnienia placówek opiekuńczych dla osób starszych i dzieci, nawet na jednej działce.
Posłowie opozycji komentowali zmianę z oburzeniem podnosząc, iż jest to działanie "segregacyjne"  i "anachroniczne", albowiem - jak uzasadniał poseł PO, Ryszard Wilczyński -

Codzienny kontakt dzieci i osób starszych, nawet tych dementywnych, jest z jednej strony elementem terapii, a z drugiej wychowania.

W podobne struny uderzał również Fakt i Gazeta Wyborcza.
W Polsce działa sześć DPSów dzielących jedną powierzchnię z domami dziecka. O sześć za dużo. Wydawałoby się, że to dobry punkt wyjściowy do rozmowy o tym, że tak być nie powinno. Nic podobnego, tym razem posłowie opozycji pochylają się nad biednymi samorządowcami, którzy teraz będą musieli rozdzielić DPS i dom dziecka, a to kosztuje i jest skomplikowane administracyjnie. Święta prawda, moje robaczki, któż jednak wcześniej wpadł na pomysł połączenia tych placówek, jeśli nie samorządy właśnie?
Nie zawodzi również Rzecznik Praw Dziecka sprzeciwiający się rozdzielaniu DPSów i domów dziecka oraz innych placówek opiekuńczo wychowawczych:

Oczywiście nie wyklucza to lokalizacji placówki opiekuńczo wychowawczej w pobliżu np. domu pomocy społecznej dla osób w podeszłym wieku, w tym możliwości odwiedzenia osób starszych, spotkań i rozmów. Kontakt dziecka z osobami starszymi- pensjonariuszami domów pomocy społecznej - wpływa korzystnie na rozwój emocjonalny młodego człowieka, przygotowując go do życia w społeczeństwie obywatelskim. Dzieci rozwijają w sobie empatię, tworzą się międzypokoleniowe przyjaźnie, a tym samym dzieci są wprowadzone w dorosłe życie, w którym prędzej czy później zetkną się ze starością i chorobą.

Nie bardzo wiadomo, dlaczego powyższy kontakt z osobami starszymi nie mógłby być realizowany na zasadzie wolontariatu bądź odwiedzin w DPSie (wspólna wigilia, obchody święta niepodległości, dzień babci i dziadka, cokolwiek) tak jak dzieje się to w większości rodzin wychowujących dzieci, które również z reguły odwiedzają dziadków i rzadko kiedy - szczególnie mieszkając w mieście i zajmując metraż rzędu 30-60m2- mieszkają wspólnie z nimi? Dlaczego trzeba koniecznie realizować to za pomocą dzielenia tej samej przestrzeni 24/7? Podobnie interesuje mnie, ile razy RPD był w domu pomocy społecznej i zyskał możliwość poczynienia bardziej trywialnych obserwacji poza wizją "międzypokoleniowej przyjaźni" - na przykład spędził kilka godzin w zapachu środków dezynfekujących, przyglądał się toalecie osoby dementywnej, grał w piłkę na boisku domu dziecka przylegającym do DPSu, przez które przesuwała się pielgrzymka nieznajomych odwiedzających? Wpadł na fajny pomysł zaproszenia kolegi z podstawówki do własnego pokoju, zza którego ścian dobiegają krzyki i monotonne mamrotanie podpiecznych DPSu? A może jednak nie zaprosiłby wtedy tego kolegi mając świadomość, że byłyby to ostatnie odwiedziny, których wynikiem byłoby jego podwójne naznaczenie - nie dość, że mieszka w bidulu, to jeszcze jego codzienność inkrustuje ciągłe obcowanie z innymi wykluczonymi, których ich własne środowisko umieściło w DPSie?

Zapamiętajcie jednak: solidarność międzypokoleniowa. Seniorzy. Codzienny kontakt z osobami dementywnymi.

Cała polska kocha seniorów


I właśnie dlatego w roku 1990 w DPSach przebywało 61 037 osób, a w roku 2013 było ich już 77 632. Ponieważ cała Polska kocha seniorów, tylko nie u siebie w domu. Ale już w pobliżu domu dziecka? Czemu nie. Ostatecznie właśnie dlatego umieszczamy dementywną babcię w Domu Pomocy Społecznej, aby nasze własne dziecko zaprowadzane troskliwie na zajęcia karate i angielski metodą Helen Doron nie musiało po powrocie do domu oglądać babci, która znów odkręciła kurek z gazem lub wypróżniła się we własnym łóżku. Uważamy na ogół, iż naszym dzieciom w zupełności wystarczy regularny, lecz nie całodobowy, kontakt z babcią umieszczoną pod profesjonalną opieką. Co innego dzieci z domu dziecka. Im takie całodobowe kontakty służą i rozwijają empatię, nie zapominajmy też o ważkim argumencie "elementu wychowania".
Pani Okła Drewnowicz i pan Wilczyński mają własne dzieci, niestety nie wiem, czy zaprowadzają je do DPSów w celach wychowawczych i rozwojowych. Szkoda, że tego nie wiem. Ale na pewno tak robią, wierzę im. Nie byliby przecież hipokrytami segregującymi dzieci na te, które mają prawo do wyłączności własnej przestrzeni, ponieważ wychowują się w rodzinach, i na te, które muszą współdzielić przestrzeń z ośrodkami pomocowymi dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, zależnych całodobowo, ofiar przemocy w rodzinie etc., ponieważ nie wychowują się w rodzinach.

Segregacja

Segregowanie wyrzutków ma długą i udokumentowaną historię sięgającą XIII wieku. Porzucone dzieci, osoby chore, bezdomne, wykolejone i całą plejadę społecznych banitów, których społeczeństwo nie rozpoznawało jako równych sobie, umieszczano w przytułkach. Wskaźniki śmiertelności w tych przybytkach potrafiły sięgać 90% (Kolankiewicz 2002). Analizowanie tego zjawiska z punktu widzenia współczesnych nauk społecznych ma sens o tyle, o ile pominiemy zaprzeszłe uwarunkowania sanitarne i historyczne (epidemiologia, możliwości leczenia, poziom wiedzy o antyseptyce, przeżywalność niemowlęcia pozbawionego mamki była żadna niezależnie od wysiłku opiekunów). Co jednak zostanie?
Ta sama potrzeba proksemicznego sytuowania Innego poza obszarem codziennych doświadczeń społecznych. Inność jest wykluczana już nie tylko na poziomie symbolicznym, ale proksemicznym właśnie - z dala od oczu tych, którzy uznali siebie jako normalnych i godnych codziennych interakcji z równymi sobie. Przypomnijcie sobie burze lat 90tych, kiedy mieszkańcy miasteczek i wsi protestowali przeciwko budowie ośrodków dla nosicieli wirusa HIV, osób uzależnionych czy uchodźców. O ile tolerancję dla obecności nosicieli wirusa HIV udało nam się jakoś osiągnąć, o tyle w przypadku uchodźców, czy choćby osób LGBT wciąż mamy wiele do przepracowania.
Jest zatem dość zabawne, że naczelnym argumentem przeciwko nowelizacji mającej wzmocnić społeczną integrację dzieciaków z domów dziecka, staje się właśnie argument o segregacji. Tym razem chcielibyśmy integrować te dzieci z "seniorami" z DPSu. Czemu nie chcemy ich raczej integrować z naszymi własnymi dziećmi?

Trzy pocztówki

Widokówka pierwsza. Idę na spotkanie w placówce edukacyjno szkoleniowej. Mieści się na tej samej posesji, co duży dom dziecka. Na trasie mojego spaceru wypada mały plac zabaw, na którym bawi się ojciec z dwójką dzieci. Jest to tak zwane "widzenie rodzica biologicznego z dziećmi znajdującymi się w pieczy instytucjonalnej". Drzwi do mojej placówki są jeszcze zamknięte, przyszłam trochę za wcześnie. Przez 15 minut więc przysłuchuję się - chcąc nie chcąc - rozmowom ojca i synów, którzy widzą się pierwszy raz od miesiąca. Ojciec opowiada, co u niego. Dzieci opowiadają, co przydarzyło im się w przedszkolu i szkole. Jestem intruzem tego spotkania, ale nie mam gdzie się podziać: mój kurs zaczyna się za chwilę w tym samym miejscu, a im nie wolno opuścić terenu domu dziecka. Nie mają dokąd pójść, ale ja również nie mam dokąd pójść. Po paru minutach dołączają do mnie pozostali kursanci. Stoimy grupą przed drzwiami udając, że nie zwracamy uwagi na to, co się dzieje obok. Czujemy się niezręcznie, zostaliśmy umieszczeni w samym centrum intymnej scenki rodzinnej.

Widokówka druga. Inny dzień, te same okoliczności. Znów przyszłam za wcześnie na spotkanie, tym razem jest środek czerwca, pogoda piękna i upalna. Parkując samochód na tyłach domu dziecka wpadam w sam środek innej sceny rodzajowej: opiekunka rozłożyła dmuchany basen w ogrodzie, kąpie się w nim trójka dzieci. Patrzą na mnie na poły zdziwione moją obecnością, na poły zrezygnowane: są już przyzwyczajone, że w przestrzeni ich ogrodu pojawiają się nieustannie obcy ludzie uczestniczący w ich, prywatnym przecież, życiu dziejącym się w miejscu zwanym domem. Cóż z tego, że domem dziecka? Innego przecież już nie mają.

Widokówka trzecia. Usiłuję odegrać scenkę zadaną przez prowadzące trenerki. Zbieram myśli i mówię: "no więc kiedy słuchałam historii Kasi poczułam, że..."

(zza ściany dobiega płacz małego dziecka. To jakiś maluch z domu dziecka właśnie rozpaczliwie się rozszlochał. Nie wiem, czy stało się coś złego, czy uderzył się, czy przemokła mu pieluszka, ale nie mogę się skupić. Również dlatego, że do tej pory sądziłam, iż w tym konkretnym domu dziecka przebywają dzieci starsze, głównie rodzeństwa, a nie niemowlaki. One przecież powinny trafić do pogotowia rodzinnego lub rodziny zastępczej)

Ogarniam się szybko. "Chciałam w każdym razie powiedzieć, że po wysłuchaniu tej historii miałam przede wszystkim taką myśl, że...."
- Przepraszam, my tylko szybciutko przejdziemy, ok? - mówi czternastolatek, który właśnie wpadł jak po ogień do sali, w której mamy zajęcia. Sala nie jest administracyjną częścią domu dziecka, stanowi własność zupełnie innego podmiotu. Ale znajduje się w tym samym budynku i jest salą przechodnią zakończoną korytarzem z drzwiami prowadzącymi do domu dziecka.
- Piłka nam wpadła przez okno, tak będzie krócej przejść - rzuca w biegu jego rówieśnik z tego samego domu dziecka. Obaj pędzą do drzwi w łączniku.

Zgodnie z nowelizacją dom dziecka zostanie oddzielony od wspomnianej placówki edukacyjno szkoleniowej. Obie instytucje będą musiały mieć swoją przestrzeń na wyłączność, a osoby korzystające z obu placówek nie będą mogły wzajemnie korzystać ze swojego zaplecza. Żaden kursant nie właduje się ponownie na plac zabaw i nie przeszkodzi rodzicom widującym się z dziećmi. Nie wejdę w sam środek zabawy ogrodowej w dmuchanym basenie.

Trzy pocztówki nie są zanadto wstrząsające. Być może sami uczestniczyliście w podobnie krępujących sytuacjach dziejących się na placach zabaw, słyszeliście dzieci waszych sąsiadów kąpiące się w basenie i płaczące wieczorami. Ale dzieci, do których kawałka życia zostaliście niechcący zaproszeni, miały swoje własne domy i dziejącą się prywatność, do której prawo im przyznano. Nie nauczono ich, że prywatność staje się własnością publiczną, ponieważ tak zdecydował samorząd. Ich rodzice mogli iść z nimi na plac zabaw, ale mogli też bawić się z nimi w domu bez towarzystwa osób postronnych.
Rodziny mieszkające ze swoimi dziećmi zawsze mają alternatywę. Dzieci mieszkające w domach dziecka, które łączy się z placówkami o innych profilach, takiej alternatywy nie mają. Ich codzienność jest obserwowana i zakłócana przez dziesiątki przechodniów, a prywatność przestrzeni jest wysoce umowna, skoro nie wyznaczono jej granic.
A przecież poza tymi trzema pocztówkami są także inne. Na sześciu pocztówkach domy dziecka połączono z DPSami. W Rybniku dom dziecka połączono z domem dla nieletnich matek. Myślę, że to ostatnie rozwiązanie jest wybitnie integrujące społecznie i fenomenalnie wyposaża dzieci w pożądane wzorce wychowawcze. Na tych pocztówkach dzieci nie wyjdą z ośrodka pomocy ani domu samotnej matki, ponieważ nie mają dokąd, skoro jest to również ich dom.

Cieszę się, że nowelizacja PiS wejdzie w życie. I myślę, że czas dorosnąć do rozmawiania o polityce społecznej z dala od uprawiania partyjnych wojenek oraz karmienia się wizjami "czcigodnych seniorów w DPSach" i "rozwijania empatii". Ta sprawa jak rzadko która pokazuje podwójne standardy, które stosujemy wobec dzieci własnych i dzieci cudzych, które miały to nieszczęście w życiu, że zabrakło dla nich miejsca w rodzinie biologicznej. Ale szerzej pokazuje również, że prawo dziecka do wyłączności własnej przestrzeni życiowej nie jest wartością, którą większość ludzi chciałaby poważnie rozważyć i rozpoznać. Łatwiej zasłonić ten przykry wniosek wzniosłymi słowami o integracji z osobami starszymi niż zmierzyć się z faktem, że i dziś pragniemy wykluczać Innych poza obszar naszej własnej codzienności.




Odnośniki


Tekst omawianej nowelizacji
Obowiązująca obecnie Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej
Opinia Rzecznika Praw Dziecka do nowelizacji
Statytystyka MPiPS za rok 2013 
Kolankiewicz Maria, Porzuceni i powierzeni trosce. Dom Małych Dzieci. Wydawnictwo "Śląsk", 2002.


czwartek, 7 lipca 2016

In vitro czy nie, hajs się musi zgadzać (rzecz o AneVivo)

Być może nie śledzicie zbyt namiętnie polskich nowinek invitrowych, ponieważ w naszym kraju  nieustannie dzieją się, ujmijmy to oględnie, fascynujące rzeczy, a do tego potencjalna kwestia niechcianej ciąży i możliwości jej przerwania dotyczy o wiele większej grupy ludzi niż potencjalna kwestia niepłodności. I w porządeczku, jest to zrozumiałe.
W dzisiejszej notce jednak chciałabym Was przekonać, iż brak zainteresowania kwestią in vitro i Sprawą Polską jest pewnym błędem, a przynajmniej pozbawia Was dostępu do interesujących obserwacji socjologicznych, z których potem możecie wysnuć równie interesujące wnioski i przedstawić je na przykład na randce z Tindera (o ile macie skłonności do samobójstw towarzyskich) albo gdzieś indziej, na przykład na imieninach cioci.
Założywszy, iż akurat Jesteście ludźmi, którym naprawdę bliższa jest kwestia prawa do aborcji z uwagi na jego szersze społeczne konsekwencje, zacznijmy właśnie od kwestii aborcji i jednego pytania:
Jak sądzicie, kto najbardziej zyskał finansowo na Ustawie z 1993 roku zakazującej aborcji?
Tą grupą nie były kobiety, i nie było nią państwo (państwo co najwyżej straciło), i nie był nią nawet Matka Nasza Najświętsza, Kościół katolicki. Tą grupą byli oczywiście lekarze, którzy dalej przeprowadzali aborcje licząc sobie dutki za własne usługi, ale tym razem ściągając haracz z prywatnej kieszeni, a nie z NFZu, dzięki czemu przy okazji unikali też opodatkowania. W sumie bardzo przyjemna finansowo sytuacja.
Nie ośmielę się tutaj podnieść i uargumentować tezy, że za postępującą konserwatyzacją środowisk lekarskich wobec dostępności państwowej aborcji stoi również aspekt monetarny, bo nie mam na to żadnych dowodów, a poza tym sądzę, że są inne ważniejsze źródła tego zjawiska, niemniej jednak chciałabym, abyście w tym miejscu zapamiętali, że generalnie money makes the world go round. O czym i tak wiecie.

Teraz na krótko wrócimy do tematu in vitro: od maja 2016 rozmawiamy w Polsce o poprawce do Ustawy o leczeniu niepłodności z listopada 2015. Poprawkę przygotował poseł Jan Klawiter (niezrzeszony, wcześniej Prawica Rzeczpospolitej), jeśli ktoś jest ciekaw pełnego tekstu to proszę uprzejmie. Generalnie pan Klawiter, z zawodu inżynier chemik, chce zaostrzenia obowiązującej Ustawy poprzez:
- nakaz zapłodnienia maksymalnie 1 komórki jajowej w procedurze in vitro
- zakaz mrożenia zarodków (zarodek może pozostawać poza organizmem kobiety maksymalnie 72 godziny, potem musi być przeniesiony do macicy)
- zakaz ustanawiania afiliacji ojcowskiej pomiędzy dzieckiem i  mężczyzną, którego żona/partnerka zaszła w ciążę w wyniku dawstwa nasienia. Dziecko stanie się szczególnym rodzajem bezprizornego w rozumieniu: "nie mam tatusia, bo jestem z dawstwa, więc mój tata społeczny nie może uznać mnie za swoje dziecko, bo prawo mu tego zabroni"

Projekt nowelizacji jest tak bezdennie głupi zarówno pod względem medycznym, prawnym i społecznym, jak również i naukowym, że nie mam zamiaru go tu szerzej komentować (może w jakiejś kolejnej notce), ale wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze zapamiętajcie, proszę, "nakaz zapłodnienia jednej komórki jajowej", a po drugie ogólną tendencję, której jesteśmy świadkami: tendencję zaostrzenia obecnych warunków ustawowych. Nie mam pojęcia, czy projekt Klawitera przejdzie w obecnym wariancie, czy sejmowa Komisja Zdrowia dołoży do niego później coś w rodzaju rzekomej "liberalizacji" (np. wolno zapłodnić AŻ dwie komórki jajowe), czy też finalnie obudzi się Jarosław Gowin i przypomni sobie, że ekspert od in vitro jest w Bolandii jeden i jest nim właśnie on, ale jedno jest pewne: ustawa zostanie zaostrzona i jest bezdyskusyjne, że ograniczona zostanie liczba zapładnianych komórek (obecnie ta liczba wynosi 6 komórek jajowych u kobiet poniżej 35 roku życia).

Teraz dołożymy drugą zmienną, nad którą też się nie będę nadmiernie rozwodzić. Jest wiedzą powszechną, dostępną i zweryfikowaną, że na powodzenie procedury in vitro (powodzenie = urodzenie dziecka) bezpośredni wpływ ma ilość zapładnianych komórek jajowych. Konkretnie - im mniej komórek zapładniamy, tym mniejsza szansa na dziecko. Wynika to z wielokrotnie opisywanego na tym blogu mechanizmu ludzkiego zapłodnienia i tzw. czynnika selekcji ewolucyjnej.

I jeszcze trzecia oraz czwarta zmienna:
Trzecia: każde pozyskanie komórki jajowej z organizmu kobiety wymaga interwencji zabiegowej, bo komórki pobiera się w znieczuleniu ogólnym przez sklepienie pochwy, co jest ingerencją w jajniki i sam organizm. Kobieta musi być znieczulona, jej jajniki nakłute (może to wpłynąć na ich dalszą pracę, negatywnie oczywiście), a wcześniej najczęściej przechodzi stymulację hormonalną. Mamy więc cały ciąg zdarzeń medycznych.
Czwarta: niezależnie od tego, ile komórek się zapłodni, cena za zabieg będzie stała. Złożą się na nią pewne rutynowe czynności i składowe, na przykład praca laboratorium, lekarzy i położnych, znieczulenie, hodowla zarodków i tak dalej. W sumie zapłacimy około 10 tysięcy za sam zabieg (nie licząc kosztu leków).

Zapomniałam o piątej zmiennej, która jest kluczowa. Ok, nie zapomniałam, zostawiłam ją celowo na koniec, bo dość często ta zmienna nam magicznie zanika w dyskusji. Tą zmienną jest fakt, że w Polsce istnieje obecnie ok. 50 klinik in vitro i - nie uwierzycie - one nie działają na energię słoneczną i wolontariat. Pracują w nich ludzie, którzy - jeśli są właścicielami lub radą nadzorczą - zainwestowali kupę kasy w sprzęt, technologię i dzierżawę budynku, a teraz dodają dwa do dwóch i wychodzi im, że czas żniw właśnie chyli się ku końcowi, a kredyt trzeba płacić.

Tak się bowiem składa, że o ile skrobaneczkę możecie sobie machnąć na czarnym rynku, co pochłonie jakieś 4 godziny pracy lekarza i anestezjologa, a potem inkasujemy gotówkę i  "do widzenia, pani się zgłosi na kontrolę", to z in vitro totalnie to nie zadziała. Potrzebujecie działającego cały czas laboratorium, sztabu ludzi i procesu trwającego co najmniej 14 dni (podawanie leków, kontrola cyklu, operacyjne pobranie komórek, hodowla zarodków, transfer) i w żadnym razie nie zrobicie tego w podziemiu.
Podziemie invitrowe nie istnieje nigdzie na świecie i nie zaistnieje też w Polsce.
Kliniki o tym wiedzą.
Wiedzą też, że w Czechach, Słowacji i Ukrainie ceny za in vitro są podobne/niższe niż w Polsce, i że centymetry zaczynają ich dzielić od pacjenckiego Exodusu. Któż, mając do wydania kilkanaście tysięcy złotych i pogodzony z tą myślą, pozostanie w Polsce zyskując kilka procent szans na dziecko (po ograniczeniu liczby zapłodnionych komórek do jednej, skuteczność jednego cyklu IVF będzie się wahać w granicach 3-7% zamiast obecnych 30%), skoro może pojechać do Czech, zapłacić tę samą sumę i zachować szanse na dotychczasowym poziomie?

I w tym momencie właśnie zaczynają dziać się ciekawe rzeczy. Panie i Panowie, przedstawiam Wam pionierską metodę AneVivo oddając głos Poradnikowi Zdrowie (informacje prasową znajdziecie też w pierdylionie innych źródeł):

AneVivo to nowa metoda leczenia niepłodności. Ma być ona alternatywą dla tych, którzy nie chcą skorzystać z in vitro.



AneVivo może zrewolucjonizować leczenie niepłodności w Polsce. W tej nowej metodzie wspomagania rozrodu cały proces zapłodnienia i wczesnego rozwoju zarodków odbywa się w łonie matki, a nie tak jak do tej pory w szalce Petriego i pod mikroskopem. Technikę opracowała szwajcarska firma biotechnologiczna Anecova przy wsparciu naukowców z Politechniki Federalnej w Lozannie.
W metodzie AneVivo wykorzystuje się silikonową kapsułkę, która ma 1 cm długości i 1 mm szerokości. Wypełnia się ją plemnikami i komórkami jajowymi, a następnie umieszcza na 24 godziny w macicy. W kapsułce dochodzi do połączenia się komórek i wczesnego rozwoju zarodka. Po 24 godzinach mający 1 cm długości i 1 mm szerokości pojemniczek jest wyjmowany. Następnie wybiera się z niego zdrowe zarodki i po 2-4 dniach umieszcza je z powrotem w ciele kobiety.

- To prawdziwy przełom w leczeniu niepłodności w Polsce. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której możemy przeprowadzić zapłodnienie wewnątrz ciała kobiety, bez używania szalki i nakłuwania komórek jajowych - mówi dr n. med. XXX z kliniki w Katowicach.
Ale to niejedyne plusy nowej metody. Kluczowy jest także aspekt psychologiczny. - Większość procesu zachodzi tutaj w ciele kobiety. To znacznie zwiększa więź pomiędzy matką a przyszłym potomstwem - przekonuje dr XXX.
Metoda jest już dostępna w Polsce. Zważywszy na fakt, że zanim dotarłam do zacytowanego tekstu, zostałam najpierw dokładnie odpytana przez dwóch dziennikarzy poczytnych periodyków na okoliczność znajomości "nowej rewolucyjnej metody", a potem przez kilka godzin dyskutowałam z pacjentkami ("alternatywa dla in vitro" zdążyła już zrobić rundkę po telewizjach i zasiać nadzieję w sercach) - wróżę wielki sukces metodzie AneVivo.
Abstrahując od faktu, jakie znaczenie dla więzi pomiędzy matką i dzieckiem ma zapłodnienie w macicy, oraz co na ten temat do powiedzenia może mieć lekarz ginekolog, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka drobnych smaczków:

1. naturalność metody polega na tym, że pacjentka przechodzi normalną stymulację hormonalną, jest poddawana operacyjnemu pobraniu komórek, jej partner oddaje nasienie do fiolki, potem do jej pochwy jest wkładana kapsułka, 24 godziny później z jej pochwy jest wyjmowana kapsułka, z kapsułki jest wyjmowany zarodek (o ile powstał), zarodek jest hodowany na szkle, w końcu do macicy kobiety ponownie wkładany jest zarodek. Czy moglibyście w przybliżeniu zdefiniować "naturę" w tym procesie?

2. W chwili obecnej ponad 60% procedur in vitro w Polsce przeprowadza się w technologii ICSI - wybierany jest jeden plemnik i wstrzykuje się go do komórki jajowej, co zapewnia większe prawdopodobieństwo zapłodnienia i jest jedyną opcją dla par z obniżonymi parametrami nasienia (ok. połowy pacjentów). Jeśli przeczytaliście uważnie tekst to wiecie, że w AneVivo tak się nie stanie, ponieważ w kapsułce umieszcza się chmurę plemników, które muszą same próbować zapłodnić komórkę/ki. Ta metoda nie ma żadnego znaczenia dla par z czynnikiem męskim.

3. Komórki jajowe są bezcenne, ponieważ pobiera się je operacyjnie, trzeba je wcześniej wystymulować, a następnie znieczulić kobietę. To powoduje, że koszt jednej komórki jajowej jest niebotyczny i powinna być traktowana jako skarb, którego się nie marnuje, bo rezerwy tego skarbu są ograniczone.

4. AneVivo ma taką fajną, zmyślną kapsułeczkę, która jest, nieprawdaż, rewolucyjna i nowa, ale okazuje się, że niekoniecznie. Koncepcja kapsułeczki istnieje w historii technik wspomaganego rozrodu od ponad 20 lat i rezultaty jej stosowania są - użyję eufemizmu - mierne. Gdybym nie chciała użyć eufemizmu to napisałabym "beznadziejne" zważywszy na brak zarejestrowanych ciąż. Dowód:Intrauterine fertilization capsules--a clinical trial. Tu z kolei mamy opis przypadku pacjentki, u której zastosowano technikę umieszczania gamet w macicy, z równie pesymistycznymi konkluzjami:  Ectopic pregnancy occurred after oocyte intrauterine transfer (OUT)--a case report. Więcej badań Wam nie podam, ponieważ ich nie ma (jest jeszcze jedno zabawne dotyczące umieszczania spermy i komórek jajowych w macicy, które zaowocowało nawet 6 ciążami na 23 cykle, ale w macicy umieszczano po 4 komórki jajowe, co nie mieści się w ogóle w obecnych standardach bezpieczeństwa położniczego, badanie z początku lat 90tych, jeśli ktoś ciekaw to służę).

5. Na koniec zachowałam najfajniejsze. Hej, wiecie, ile kosztuje AneVivo? 11 tysi (słownie: jedenaście tysięcy złotych polskich)


Ale w porządku, możecie powiedzieć, że niesłusznie się czepiam, bo przecież nasza kapsułeczka nie jest zrobiona z agaru, tylko jest wielorazowa i w ogóle pracował nad nią szwajcarski zegarmistrz (serio, oni się tym chwalą w mediach, oczywiście publicznych), więc wyprowadzanie znaku równości nie jest tu uzasadnione; że jeśli coś jest rewolucyjne to ma prawo dużo kosztować (owszem); i że jeśli coś działa to furda z tym, czy jest naturalne czy nie.
No to zobaczmy, jakie jest to rewolucyjne działanie, za które warto zapłacić 11 tysięcy.

Najpierw sprawdźmy PubMed. Ileż to mamy badań nad AneVivo?




Z kolei zapytania o mikrokapsułę i domaciczny transfer wyrzucają badania, które już wyżej wkleiłam, a których rezultaty są żadne. Firma produkująca kapsułę pytana o efekty jej stosowania mierzone w tzw. success rate (ciąża) odsyła do strony clinicaltrials, z której wynika, że dopiero rekrutuje uczestników badania (sic!):


Nieliczne światowe kliniki in vitro oferujące tę usługę piszą na swoich stronach uczciwie, że badania nad efektami AneVivo są wciąż w toku i że wyniki mogą się okazać mało skuteczne i generujące niepotrzebny wzrost kosztów dla pacjentów. Ale też te kliniki działają w krajach, w których w codziennym użyciu jest normalna procedura in vitro pozwalająca na zapładnianie więcej niż jednej komórki i dopuszczająca mrożenie zarodków. One nie muszą ściemniać pacjentom.
W kolejnych miesiącach przewiduję cudowne rozmnożenie technologii i innowacyjnych metod, które dzięki zapłodnieniu jednej komórki jajowej w tej samej cenie, którą ma aktualnie klasyczne IVF, będą kusić rewolucyjnością i  obietnicami ciąży.

Dla tych z Was, którzy - jak wspomniałam - nie śledzą invitrowych nowinek dość szokująca może się wydać hipoteza, iż polscy lekarze zajmujący się in vitro nie chodzą w glorii rychłej beatyfikacji i nie bronią piersią oraz pazurami Evidence Based Medicine, która w przypadku niepłodności ma bardzo jasne i od wielu lat znane rekomendacje. Są to ci sami lekarze, którzy przez lata dzielili się z nami na łamach prasy doniesieniami o swoich kolejnych rewolucyjnych odkryciach, zapewniając nas, że diagnostyka preimplantacyjna powinna być legalna, że mrożenie zarodków jest bezpieczne, że zaczynają właśnie kliniczne triale nad nowymi protokołami hormonalnymi. Większość z nich to członkowie ESHRE będący na bieżąco z wiedzą medyczną i myślący do tej pory ze zgrozą, że wariant włoski (jedno z bardziej restrykcyjnych praw bioetycznych) mógłby się wydarzyć w Polsce.
Teraz jednak polscy lekarze wiedzą już na pewno, że Dobra Zmiana nadejdzie i prawo się zaostrzy. Wiedzą też, że nie przeniosą swoich kosztownych klinik za granicę, a muszą z czegoś się utrzymać. Nigdy nie twierdziłam, że polscy lekarze są idiotami. Nie są oczywiście.
Twierdziłam co najwyżej, że wielu z nich ma po prostu kręgosłupy z żelatyny i nadal podtrzymuję te słowa.
Dlatego kiedy prezentowałam w tym roku na ESHRE referat o skutkach zmian w polskim prawie dla pacjentów i ograniczeniu ich autonomii, które dokonało się przy całkowitej bezwolności ekspertów medycznych zaproszonych do komisji pracującej nad ustawą, Europejscy specjaliści wydawali się kompletnie nie rozumieć tej sytuacji.  Dlaczego świat polskiego in vitro nie protestował, kiedy ustawodawca wprowadzał do prawa zakaz odbierania zarodków przez samotne kobiety? Czemu teraz nie krzyczy i nie tupie nogami "nie pozwalamy cofać medycyny rozrodu o 30 lat wstecz!"?
Ci Europejczycy są tacy głupi. Po prostu nie rozumieją, że kiedy płoną prawa pacjentów, należy się spokojnie przestawić na protokoły z zapładnianiem jednej komórki i przekalkulować ceny.
W tym sensie aborcja i in vitro okazują się mieć kolejną wspólną cechę, choć akurat nie taką, o której fantazjuje Terlik.
Ciało pacjentów bowiem, a kobiet zwłaszcza, jest zawsze najtańszą pozycją w cenniku polskiej biomedycyny.















poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Wyjdź z kościoła. Tak, naprawdę.


Zaczęłam pisać tę notkę ponad trzy lata temu  i porzuciłam ją uznając, że dotyczy tematu kosmicznego, który się nigdy w Polsce nie zadzieje. Początek notki brzmiał wówczas tak:

"Wiele lat temu postanowiliśmy ze Starym zawrzeć związek małżeński i na tę okoliczność zostaliśmy skierowani na tzw. nauki przedmałżeńskie, które w naszym przypadku miały postać mszy świętej oraz konferencji dla narzeczonych.
Odprawiający mszę świętą ksiądz już w pierwszych słowach swojego kazania postanowił się podzielić z narzeczonymi swoim poglądem na kwestię pożydowskich kamienic, sprawowania przez Żydów wysokich urzędów w Państwie i "czynienia z siebie ofiar Holokaustu".
Powiedziałam głośno do Starego "nie, to jest skandal, nie będziemy słuchać tych antysemickich bzdur, wychodzimy". Opuściliśmy kościół nie troszcząc się bynajmniej o angielskie wyjście.
I, kurczę, byliśmy jedynymi ludźmi, którzy to zrobili.
Nie wiem, czy tego dnia kościół wypełniali co do jednego antysemici, czy może ludzie, którym było wszystko jedno. Nie mam pojęcia.
Ale dało mi to przyczynek do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób ludzie rozumieją coś tak prostego jak "przyzwoitość". Nie trzeba być Żydem, aby poczuć się dotkniętym antysemityzmem.  I nie trzeba być osobą niepłodną, aby wyjść z kościoła, kiedy kardynał Dziwisz w Wielki Piątek mówi wiernym podczas mszy:
" Cel nie uświęca środków. Pragnienie posiadania dziecka, samo w sobie słuszne, nie może być realizowane metodami niegodziwymi"
Moim zdaniem w takiej sytuacji trzeba ostentacyjnie wyjść z kościoła."


Dwanaście lat później, czyli dziś, w dniu 04 kwietnia 2016 roku, drugi raz wyszłam ostentacyjnie z kościoła, a poza mną zrobiło to przypuszczalnie kilka setek/tysięcy osób w różnych miastach i miasteczkach, choć wy pewnie słyszeliście tylko o tym pierwszym wydarzeniu, bo tylko tam były kamery (odbywały się trzy chrzty):

INCYDENT W KOŚCIELE PW ŚW ANNY

Ale nie zawiódł również Gdańsk (zwróćcie uwagę, ile osób wychodzi w momencie odczytywania listu KEP):

MILCZĄCE OPUSZCZENIE KOŚCIOŁA MARIACKIEGO


Potem przeczytałam wiele wpisów o ustawkach, manipulacji Gazety Wyborczej, właściwie do kompletu brakowało tylko Sorosa i kapitalistycznych pieniędzy. Tymczasem prawda była trywialna: w ludziach narósł, nabrzmiał i wreszcie pękł wkurw.
Co się dziś tak naprawdę wydarzyło?

Po pierwsze: pewna część ludzi zamiast jak zawsze pomyśleć "Co oni bredzą? Przecież to skandal" i włączyć sobie chwilową wewnętrzną emigrację, naprawdę wstała i wyszła. Czyli: można. Kościół przestał być dziś przestrzenią wyłączoną z życia tu i teraz, chronioną ziemią świętą, na której obowiązują inne prawa i gdzie bez względu na wszystko należy zachować pokorne milczenie.

Po drugie: okazało się, że można nie tylko wstać i wyjść, ale nawet mruknąć pod nosem "nie zgadzam się". Świat od tego nie spłonie. Grom w nas nie uderzy. Ksiądz być może się zacuka w niedowierzaniu.

Po trzecie: zrobienie jednej z powyższych rzeczy odblokowuje w nas zupełnie nowy obszar nieobojętności. I dopiero tu się zaczyna nowa historia, która zmienia relację pomiędzy człowiekiem i ziemską władzą kościelną. Nie jesteśmy własnością Kościoła, to on jest naszą wspólnotą, a to oznacza, że jeśli polityka jest uprawiana w sposób odsłonięty z wysokości ambony, możemy powiedzieć NIE. Ponieważ nie przyszliśmy tam dla polityki. Przyszliśmy tam z powodu wiary. A jeśli polityka dalej będzie uprawiana w sposób nachalny i usiłujący wpływać na legislację, przestają nas obowiązywać reguły dotychczasowej, pokornej gry.

Można oczywiście zapytać, dlaczego gniew sfokusował się akurat na kwestii zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, skoro polityka od dawna jest uprawiana w sposób jawny w wielu parafiach? Sądzę, że stoi za tym parę dobrych przyczyn. Zanim je skrótowo omówię muszę się upewnić, czy już dziś rzygaliście? Nie?

Jednym z powodów może być zatem ten, że zaczynamy się bać o swoje życie i życie bliskich osób, ponieważ planowana nowelizacja ustawy antyaborcyjnej zakłada możliwość uratowania życia kobiety jedynie w sytuacji "bezpośredniego zagrożenia".
DOWÓD
"Podobnie trudno uznać za prawidłowe twierdzenie, że wynikłe z ciąży zagrożenie dla zdrowia matki usprawiedliwia spowodowanie śmierci dziecka poczętego. (...) w świetle współczesnych standardów medycznych aborcja nie może zostać w żadnych okolicznościach uznana za niezbędną dla ratowania życia matki. W efekcie, o spełnieniu przesłanki niezbędności można by mówić wyłącznie w sytuacji, kiedy przeprowadzenie zabiegu aborcji byłoby jedynym możliwym sposobem, który obiektywnie umożliwiałby uratowanie życia matki"

(Czyli: och, jest pani w ciąży pozamacicznej? Soraski, dopóki jajowód nie pęknie i nie nastąpi zapalenie otrzewnej nic nie mogę zrobić, pani życie nie jest bezpośrednio zagrożone)


Druga możliwa przyczyna: leciuteńko nas wkurwia, iż gwałciciel, który sprokurował ciążę, jest nazywany RODZICEM dziecka poczętego, zaś my w tej ciąży będące nie możemy jej przerwać, ponieważ dziecko nie jest winne grzechów OJCA.
Dowód:
"Co więcej, o ile zgwałcenie stanowi zachowanie przestępne i karygodne, a jego ofiara przeżywa cierpienie tak fizyczne jak i psychiczne, to koncentrując się na zagadnieniu sytuacji psychicznej ofiary zgwałcenia, nie można tracić z pola widzenia problemu jeszcze jednej – równie ważnej – osoby, czyli dziecka, które w żaden sposób nie ponosi winy za czyn, który jego ojciec wyrządził jego matce. W sytuacji dokonania aborcji, powstaje jeszcze większe zło, bowiem dziecko staje się kolejną ofiarą tej dramatycznej sytuacji.
Ustawowe odebranie prawa do życia tym dzieciom poczętym, których ojciec (lub rodzice) podejrzewany jest o popełnienie czynu zabronionego, stanowi niedopuszczalny we współczesnym systemie prawnym powrót do odpowiedzialności karnej za winy cudze."



Trzecia hipoteza. Być może kobiety nie chcą rodzić płodów z anencefalią:



...będą jednak musiały, ponieważ zgodnie z proponowaną NOWELĄ do ustawy:

"Art. 152. § 1. Kto powoduje śmierć dziecka poczętego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5."
Jednocześnie projektodawcy wyjaśniają:

"Życie ludzkie nie może być pozbawione ochrony tylko dlatego, że obarcza je ciężkie i nieodwracalne upośledzenie bądź nieuleczalna i śmiertelna choroba."
 Czwartym powodem może być wynikający ze znowelizowanych zapisów zakaz in vitro:
"Art. 1. Każdy człowiek ma przyrodzone prawo do życia od chwili poczęcia, to jest połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Życie i zdrowie dziecka od jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa"
§ 24. Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej.
Art. 157a. § 1. Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 2. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie"
czyli: zakazana zostaje diagnostyka preimplantacyjna, ponieważ wymaga "uszkodzenia ciała dziecka poczętego" =  zarodka, czyli pobrania z zarodka jednej komórki, co wprawdzie nie wyrządzi szkody zlepkowi komórek, jednak jest naruszeniem jego ciała składającego się póki co z paru blastomerów. Tym sposobem załatwiamy PGD.
Teraz w jaki sposób załatwimy zwykłe in vitro.
Utworzenie zarodka poprzez połączenie jaja i plemnika zgodnie z powyższymi zapisami może być legalne jedynie wtedy, jeśli ten zarodek się rozwinie i da ciążę, co stanie się udziałem ok. 30% zarodków, pozostałe obumrą z powodów naturalnych i tak samo stałoby się w jajowodzie. Żaden lekarz nie jest w stanie zagwarantować przeżycia zarodka, ponieważ jest to fizycznie i biologicznie niemożliwe. Zatem pójdzie do pierdla.

Piątą przyczyną jest ta, że dostęp do badań prenatalnych zostaje ograniczony, a roniąca ciążę kobieta jest protekcjonalnie pouczana i podejrzewana o celowe jej przerwanie z tytułu nie dość ostrożnego zachowania się, przy czym zostaje obarczona obrzydliwym poczuciem winy za poronienie:

"3.16. Wyłączenie karalności matki, która nieumyślnie spowodowała śmierć dziecka poczętego

 Wyłączenie to dotyczy nieumyślnej formy czynów, polegającej co do zasady na niedochowaniu przez matkę dziecka poczętego ostrożności, jakiej wymaga się od osoby w jej stanie.Projektowane przepisy oznaczają, że ustawodawca traktuje takie zachowanie jako bezprawne i zawinione, jednak wyłącza matkę spod groźby sankcji, biorąc pod uwagę, iż w zazwyczaj utrata dziecka w takiej sytuacji jest sama w sobie źródłem cierpienia matki, która chciała dziecka, a w wyniku swojego nieroztropnego zachowania doprowadziła do jego śmierci lub uszkodzenia jego ciała."
Jednym słowem jest wspaniale i cieszymy się wszyscy, iż polski Episkopat zamiast zajmować się pedofilią w polskim kościele modlitwą, zajął się torturowaniem Polek i postanowił po raz kolejny udowodnić, jak bardzo jest bezczelny usiłując jawnie wpływać na politykę (fragment listu Konferencji Episkopatu Polski, który został dziś odczytany we wszystkich polskich kościołach, i z powodu którego część ludzi zdecydowała się wyjść w trakcie odczytywania)

Komunikat Prezydium KEP w sprawie pełnej ochrony życia człowieka

Życie każdego człowieka jest chronione piątym przykazaniem Dekalogu: „Nie zabijaj!”. Dlatego stanowisko katolików w tym względzie jest jasne i niezmienne: należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci życie każdego człowieka.
W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję.

Myślę, że dla wielu księży mogło się dziś wydać szokujące, iż polskie kobiety poza macicą, którą należy kontrolować, i rękami, którymi mogą trzymać szmaty do mycia okien w świątyni lub układać bukiety na ołtarz, okazało się mieć również coś  nieprzewidzianego: własne zdanie. I ono nie jest zbieżne ze zdaniem kilkunastu tysięcy mężczyzn w sutannach ani młodych łebków z ruchów narodowych, którzy co do jednego - choć wszyscy wyszli z macic swoich matek - nie zasłużyli na to, aby się urodzić, skoro w dorosłym wieku chcą torturować kobiety i dziewczynki.




Stąd właśnie wziął się ten wkurw. I nieprędko się skończy, bo demonstracje dopiero się zaczęły. Kościelne przebudzenie też.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Narodowy Program Wspierania Prokreacji

Najpierw się zareklamuję: jeśli ktoś chciałby poczytać więcej aktualnych notek i do tego w lakierowanej okładce, to może to zrobić za 30 złotych z kawałkiem (i pewnie mniej za ebooka) tutaj.

Stanowi to także wyjaśnienie, czemu blog w ostatnich miesiącach nieco strupieszał.

Tymczasem w kraju i w środowisku osób niezamierzenie bezdzietnych wydarzyło się sporo ważnych rzeczy począwszy od zmiany rządu i związanej z nią decyzji nowego Ministra zdrowia o wygaszeniu programu refundacji in vitro aż po ogłoszenie planów zupełnie nowego programu wspierania prokreacji, który będzie kosztować summa summarum tyle samo co in vitro, ale którego medyczna zasadność jest wyłącznie wątpliwa. Jednocześnie Minister twierdzi, że refundacja in vitro była za droga i Polski na ten wydatek nie stać. Przypomnijmy: trzyletni program refundacji in vitro kosztował 300 mln zł, przystąpiło do niego ponad 17 tysięcy par, urodziło się 3700 dzieci, kolejne są w drodze.
Okazuje się jednak, że pieniądz pieniądzowi nierówny, jeśli jedną złotówkę opromienia statystyka, a drugą ideologiczny Duch Święty, jak stało się to z nowym programem Ministerstwa zdrowia o nazwie "Narodowy Program Wspierania Prokreacji":

- Ten ruch będzie kosztować kilka milionów złotych. Obejmie kampanię edukacyjną, materiały dla szkół, studentów czy spoty reklamowe. Chodzi głównie o edukację, której obecnie bardzo brakuje - podkreśla odpowiedzialny za program wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas. - To powinna być wiedza, co zrobić, żeby nie mieć problemu z płodnością, w dużej mierze powinno to dotyczyć mężczyzn, którzy mają z tym problem. Chodzi o fatalny styl życia, ubierania się, choćby w obcisłą bieliznę, nieprzestrzeganie pewnych racjonalnych zasad dbania o siebie - wylicza.


Jak powszechnie wiemy, brak plemników w spermie u mężczyzny po terapii przeciwnowotworowej bierze się z noszenia ciasnych majtek i chodzenia na imprezy, a nie z naświetlań i chemioterapii, które zniszczyły jego gonady ratując mu jednocześnie życie. Czym zgrzeszyły kobiety chorujące na nowotwór tego niestety minister Pinkas nie wyjaśnia, może jednak czynność jajnikowa wygasła im od jedzenia chipsów, a nie radioterapii? Edukacja jest w zasadzie dobrym pomysłem. Możemy na przykład poinformować pacjentów onkologicznych, że w wyniku leczenia prawdopodobnie ich płodność zostanie zniszczona, ale zamiast ją zabezpieczyć i zamrozić ich gamety przed naświetlaniami, a po wyleczeniu zaproponować refundowane in vitro, kupimy im luźne gacie w kratkę.
W jaki sposób "fatalny styl życia" (poza paleniem papierosów) ma wpłynąć na pojawienie się lub zniknięcie zespołu Klinefeltera czy endometriozy u kobiet, tego Pinkas też nie wyjaśnia, możemy jednak przyjąć na słowo, że wydanie paru milionów na "naukę o przestrzeganiu zasad dbania o siebie" załatwi nam te problemy hurtem, a przy okazji wygeneruje nagrodę Nobla dla Pinkasa. Ostatecznie będzie pierwszym człowiekiem, który dowiedzie, że niepłodności zaawansowanej o podłożu genetycznym lub poonkologicznym można zapobiec pogadankami w liceach.
Na razie jednak mamy wyszarpać tylko parę milionów z budżetu i choć nadal pozostajemy nieskuteczni, to wciąż tańsi niż refundacja in vitro. Na tym jednak kreatywność się nie kończy (podkreślenie moje):
Na kolejny etap Ministerstwo Zdrowia planuje przeznaczyć dokładnie taką ilość środków, jaką poprzedni rząd zaplanował na refundację zapłodnienia pozaustrojowego. Etapem tym będzie start klinik referencyjnych.
- Będą stosowały uznane na świecie metody diagnostyczne i terapeutyczne - mówi Pinkas. - Będziemy wdrażać te technologie, które są uzasadnione klinicznie, stworzymy poradnie andrologiczne, lekarze będą mieli odpowiednie narzędzia, dostęp do odpowiednich leków, ale także do dobrej, mądrej porady, jeżeli będzie potrzeba to pacjenci będą hospitalizowani w ośrodkach referencyjnych, gdzie zastosowana zostanie pełna diagnostyka i oczywiście odpowiednia terapia.

Dobra i mądra porada to jest właśnie to, czego brakowało milionom niepłodnych ludzi przed rokiem 1978, kiedy to Steptoe i Edwards wykonali pierwsze udane zapłodnienie pozaustrojowe zakończone narodzinami dziecka. Ci wszyscy ludzie oraz lekarze, u których się leczyli, niewątpliwie cierpieli z powodu braku dobrych i mądrych porad, a nie z powodu braku istnienia skutecznej terapii. To elementarne, Watsonie. Oferowano im wprawdzie wszystko to, co medycyna konwencjonalna oferować mogła, czyli farmakoterapię, gruntowną diagnostykę, laparoskopię, histeroskopię, sonohisterosalpingografię, operacje żylaków powrózka nasiennego, monitoring cyklu i tak dalej, jednakże czego brakowało? Tak, zgadliście: dobrej i mądrej porady.
Dlatego właśnie niedrożne jajowody nie dawały się udrożnić, a endometrioza wchodziła na otrzewną i uszkadzała jajniki. Gdyby jednak poklepać ich czule po ramieniu i zacytować - no nie wiem - Johna Locka albo Paulo Coelho, terapia na pewno zakończyłaby się sukcesem, a zapłodniona komórka jajowa przewędrowała po ramieniu wprost do macicy i tam się zagnieździła.
Istnieje też alternatywna historia i mówi ona o tym, że Steptoe i Edwards (a dokładniej: niezliczone zespoły naukowe, które pracowały nad tym samym projektem, ale albo nie osiągnęły sukcesu, albo zablokowano im prace z powodu odmów komisji bioetycznych, o czym pisze Zdzisława Piątek w tej książce) właśnie dlatego podjęli prace nad zapłodnieniem pozaustrojowym, ponieważ dobre i mądre porady zwyczajnie nie działały w gros przypadków niepłodności zaawansowanej.
Dziś jesteśmy 38 lat dalej i wiemy, że metoda in vitro działa, a dla 30 tysięcy polskich par jest jedyną szansą na dziecko. To są właśnie pary z niepłodnością zaawansowaną. Trzysta milionów, które zainwestowaliśmy w program refundacyjny, przyniosły efekt 31% ciąż w przeliczeniu na transfer zarodka, czego dowodzą oficjalne statystyki Programu refundacyjnego dostępne tutaj. Na poziomie liczb bezwzględnych mówimy o trzech tysiącach siedmiuset noworodków, które nie urodziłyby się bez pomocy medycyny w latach 2013 - 2016, przy czym dane pochodzą ze stycznia 2016, więc od tej pory urodziły się kolejne dzieci i pojawiły się kolejne ciąże. Prawdopodobnie dobijemy do pięciu tysięcy narodzin nowych obywateli, jednak nie powiększymy już tej liczby, jeżeli do dyspozycji pozostaną nam dobre porady, diagnostyka i dostęp do leków, czyli to co mieliśmy do roku 1978 i z czym nie mogliśmy skutecznie pomóc najciężej chorym.
Oczywiście od 1978 medycyna i nauka poszły do przodu, diagnostyka się znacząco poprawiła, ale nie zmienia to faktu, że uzyskanie diagnozy jeszcze nikogo nie wyleczyło.
Pinkas mówi jednak o "odpowiedniej terapii", choć nie wiadomo, za czyje pieniądze ją wdroży, skoro wyda równowartość 300 milionów publicznych pieniędzy na program diagnozowania niepłodności, hospitalizacji chorych i rozwoju poradni andrologicznych. Z poradniami andrologicznymi jest w ogóle dość zabawnie, bo męskiej niepłodności zazwyczaj się nie leczy, gdyż nie ma to udokumentowanego terapeutycznego sensu. Terapie suplementacyjne nie mają udowodnionej skuteczności, terapie hormonalne mogą pomóc garstce mężczyzn, operacje żylaków powrózka nasiennego nie przekładają się na wzrost odsetka ciąż, genetyka z definicji jest nieuleczalna, a ponad 70% przypadków męskiej niepłodności ma podłoże idiopatyczne niezależnie od liczby działających poradni andrologicznych, co nas wraca do alternatywy "albo przyjmujecie państwo postawę wyczekującą, albo robimy inseminację/in vitro".
Jeszcze zabawniejsza jest koncepcja hospitalizacji w diagnostyce i terapii choroby, która charakteryzuje się niemal wyłączną ambulatoryjnością zabiegów.
Oczywiście każdego można położyć do łóżka i zgarnąć za to rozliczenie w NFZcie, pytanie jeszcze: w jakim konkretnie celu?
Laparoskopia jest zabiegiem ambulatoryjnym, tak samo histeroskopia i histerosalpingografia. Inseminacja trwa 15 minut i wymaga fotela ginekologicznego. Punkcja jajników przy in vitro wymaga wprawdzie anestezji i sali zabiegowej, ale trwa 30 minut, pacjentka wraca do domu tego samego dnia, zresztą za publiczną kasę nie będziemy już przecież wykonywać in vitro. To może obserwacja cyklu wymaga hospitalizacji? Pobranie krwi na badania hormonalne? Zbadanie moczu?
Tak się właśnie generuje koszty. Skoro do wydania jest 300 milionów i będzie można się do nich dobrać, niewątpliwie je wydamy. Do czasu programu refundacyjnego niektóre szpitale wykonywały niezliczoną ilość kompletnie zbędnych badań (wiedząc przy tym, że są one zbędne) tylko dlatego, bo NFZ za nie płacił. Robiono więc badania chomiczych komórek jajowych (serio), zalewano jajowody pacjentek kontrastami przy trzeciej próbie HSG, ingerowano enty raz w jajowód podczas laparoskopii (ryzykując realnym obniżeniem rezerwy jajnikowej pacjentek), a wszystko to dlatego, że skutecznych terapii akurat nie refundowano, więc wykonywano te nieskuteczne, ale za to uwzględnione przez NFZ.
Była to oczywista systemowa patologia, którą teraz powtórzymy pod nową nazwą Narodowego Programu Prokreacji zachęcającego finansowo szpitale do marnotrawienia publicznych środków, tym razem już w sposób zaplanowany.

I po co to wszystko? Ponieważ in vitro ideologicznie śmierdzi, więc nawet udowodniona naukowo, a potwierdzona wreszcie polską praktyką publiczną skuteczność tej metody, nie stanowi obecnie  argumentu dla Ministerstwa zdrowia. Bitwa nie toczy się więc o racjonalność mierzoną analizami ekonomicznymi i zdrowotnymi, a wyłącznie o bliskość do zakrystii.